ON:

Jako wielki fan sci-fi i Cyberpunka spodziewałem się po „Transcendencji” czegoś więcej. Niestety, otrzymałem film z jednej strony poruszjący ważne aspekty na płaszczyźnie człowiek-maszyna, człowiek-AI, a z drugiej bezsensowną rąbankę, sieczkę, której zakończenie rozczarowywało z minuty na minutę.

Czy tworząc maszynę mającą własną inteligencję, człowiek automatycznie staje się Bogiem? Widocznie tak to wygląda w oczach terrorystów. Niejaka Bree widzi w tym największy ludzki błąd. Kobieta fanatycznie dąży do zniszczenia wszelkich ośrodków, które badają zaawansowaną AI oraz nanotechnologię. Jej działania niestety nie są pokojowe i już na samym początku filmu widzimy jaką drogę przyszło jej wybrać. Wszystko z powodu jednej małpy, która podłączona pod system PiNN przez cały czas wrzeszczała. Ludzie zawsze obawiają się tego, czego nie znają.

W rolę Bogów wcielą się Will i Evelyn Casterowie. Para, która od wielu lat pracuje nad przeniesieniem ludzkiego umysłu w głąb komputerowego procesora. Są już tak zaawansowani, że wiele mówi o dotacjach – takżerządowych. Podczas jednego z wystąpień Will zostaje zapytany o jego stosunek do boskości. Odpowiada na to pytanie dość dwuznacznie, ale odpowiedź pozostaje w granicach etyki i dobrego smaku. Niestety, później na korytarzu ten sam mężczyzna, który zdał mu pytanie, strzela z pistoletu w jego kierunku, a następnie popełnia samobójstwo. Niegroźna rana okazuje się śmiertelna, gdyż pocisk, który wykorzystano, zawierał materiał radioaktywny – co za tym idzie dochodzi do skażenia krwi i całego organizmu. Lekarze daję Willowi bardzo mało czasu.

Evelyn nie może pogodzić się z nadchodzącą stratą. Postanawia uratować tak dużo męża, jak tylko to możliwe. Ostatnie miesiące spędzają na próbie przeniesienia jego świadomości do wspomnianego wcześniej systemu PiNN. Tuż przed śmiercią ukochanego, eksperyment dochodzi do skutku. Cyfrowa wersja jej męża, zaczyna w bardzo szybkim tempie rozwijać swoją wiedzę i umiejętności. Wsparcie ze strony żony oraz 36 milionów dolarów, które dzięki cyfrowemu mężowi zdobywa, pozwalają na przeniesienie się na pustynie w pobliże niewielkiego miasteczka. Dlaczego tutaj? Bowiem z dala od dużych skupisk ludzkich, a trzeba pamiętać, że terroryści ostrzą sobie kły na takiego AI-potwora.

W tej chwili wrogiem numer jeden staje się Will. Wszyscy chcą się za niego zabrać, bowiem widzą w nim zagrożenie dla całej planety. W tym czasie poszukiwany rozwija się w zatrważającym tempie. Nanotechnologia, klonowanie, leczenie chorób, walka z infekcjami, to tylko część umiejętności, jakie posiadł twór. Jest tylko jeden problem: coraz ciężej zobaczyć ile pozostało z człowieka, który wszedł do maszyny, z jego duszy, a ile w nim jest już samej AI.

Gdyby film pozostawić w tym miejscu, można by zrobić z niego całkiem niezłe dzieło. Posmakować Dicka lub Gibsona, może trochę Steaphensona, ale nie twórcy skusili się na siekę. Musiały pojawić się spluwy, granaty i armaty. W ten sposób ważny wątek został po prostu spłycony – szkoda.

„Transcendencji” mimo tego wszystkiego da się oglądać, ale nie przynosi to oczekiwanego przez nas rezultatu. Mógł to być film wyjątkowy, a stał się przeciętny.

ONA:

Podejrzewam, że gdyby ktoś sprzed jednego stulecia pojawił się we współczesnych czasach, dostałby na głowę z powodu różnic, jakie dokonały się na przełomie wieku. Postęp objął wszelkie formy życia człowieka: od przemysłu, po społeczeństwo, od medycyny, po naukę. Nawet religii nie oszczędził. Zresztą, czy naprawdę trzeba sięgać aż 100 lat wstecz? Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której moi pradziadkowie pojawiliby się teraz na świecie. Gadasz do ręki, książek i płyt z muzyką nie masz kilka sztuk, tylko kilka GB i wiszą sobie one gdzieś w sieci. Gadasz z kumplem z Nowej Zelandii w tym samym czasie co z kumpelą z Nowego Jorku. Wysyłasz maile i jak głupi cieszysz się, gdy ktoś pośle Ci „analogowy” list lub kartkę. Z ludźmi, których nie widziałeś nigdy na żywo masz lepszy kontakt niż z „realnymi” znajomymi. Uprawiasz cybersex, płacisz kartą, podróżujesz samolotami nawet po naszym małym kraju, zarabiasz siedząc w domu, oszukujesz czas za pomocą medycyny estetycznej, możesz mieć implanty w każdym fragmencie swojego ciała. Penetrujesz kosmos, głębiny morskie, leczysz choroby. Jesteś już o krok od klonowania ludzi… A teraz wyobraź sobie siebie za 100 lat. Co będzie się działo w 2114?

Przyznam się bez bicia, że mnie to trochę przeraża. Nie wchodzę w nowinki z jakimś ogromnym przerażeniem, ale „Transcendencja” i „Her” sprawiły, że mam gęsią skórkę, bo przyszłość przestała być wyłącznie „latającymi butami” Marty’ego McFly. Przeraża mnie to, że świat się skurczył, a ludzie, którzy za te kilkadziesiąt lat pojawią się na świecie, będą składać się w połowie nie z wody, tylko z elektroniki. Skoro jakiś czas temu pisaliśmy o relacji człowiek-system operacyjny, dziś rozprawimy się ze sztuczną inteligencją w ciele Johnny’ego Deppa. „Wczoraj dr Will Caster był tylko człowiekiem” – czytamy na plakacie… Przyznam szczerze, że kiedy zobaczyłam trailer „Transcendencji” – byłam bardzo zainteresowana tą produkcją. Ale niestety, wyobrażałam sobie za dużo, bowiem ten film byłby dobry, gdyby nie końcówka, totalnie ckliwa, spartaczona do granic przyzwoitości. Ale od początku…

Will Caster (J. Depp) jest naukowcem, który pracuje nad sztuczną inteligencją. Ma zielu fanów i zwolenników, ale w związku z tym, że temat nie jest tak do końca „moralny”, Caster ma też wielu przeciwników. Trudno się dziwić, że koniec końców ktoś postanawia go zlikwidować. Jednak Will nie ginie w zamachu. Zostaje co prawda postrzelony, ale udaje się mu przeżyć. No ok, do pewnego czasu. Nagle jego zdrowie drastycznie podupada. Okazuje się, że kula była napromieniowana, a jemu zostało niewiele życia. Kilka tygodni, to wszystko. I wtedy na arenę wkracza pani Caster – Evelyn (Rebecca Hall), która za wszelką cenę chce „zachować” z męża ile się da. W tym celu postanawia przenieść umysł umierającego męża do komputera. I kiedy Will faktycznie umiera, na monitorze pojawia się pierwsze zdanie sztucznej inteligencji – Willa „2.0”. A jest on głodnym, płodnym i szalenie ambitnym „programem”. Po dwóch latach laboratorium, którym dowodzi „małżeństwo”, czyli Evelyn i jej cyfrowy małżon, to już ogromna „fabryka”… A apetyt naszego „głównego” bohatera ciągle rośnie. Atmosfera robi się gęsta…

Byłam mega zaintrygowana tą produkcją. Z jednej strony strasznie nużył mnie „komputerowy” Depp, a z drugiej ciągle brnęłam w tę historię, bo wciągnęła mnie absolutnie. I byłoby naprawdę rewelacyjnie, gdyby nie totalnie spierdzielone zakończenie. Ale i tak warto zobaczyć ten film. Jest trochę przerażający, ale i mądry. Gdzieś mimochodem pojawia się etyka, której obręb coraz bardziej się zmienia, no i jak w biblijnej przypowieści – znowu cała wina leży po stronie kobiety.