The Butler

ONA:

W tym filmie główną rolę powierzono Forestowi Whitakerowi. Obok niego gra Oprah Winfrey, a także Cuba Gooding Jr., Terrence Howard i Lenny Kravitz. A kto jeszcze? Mariah Carey, John Cusack, Jane Fonda, Alan Rickman i Robin Williams. Nieźle, prawda? I dodajmy do tego całkiem niezłą fabułę – przepis na sukces murowany. Niestety, nie przełożyło się to zupełnie na nominacje do Oscarów…

Wszystko zaczyna się na Południu, w latach, w których osobom czarnoskórym było ciężko. Cecil Gaines, wraz z rodzicami, mieszkał na plantacji bawełny u pewnych bogaczy, którzy wyłącznie w sposób fikcyny szanowali wolność swoich pracowników. Szczególnie syn właścicielki lubił bawić się w boga, o ile bóg gwałci i morduje swoich pracowników. Młody Cecil na zawsze zapamiętał te wydarzenia, ta rana nigdy się nie zagoiła. To, co przeżył na plantacji, będąc małym chłopcem, do końca życia zaważyło na jego losie, relacjach z białymi. Nauczył się żyć jak cień, dobrze wykonywać swoją pracę i nie narażać się – tylko to dawało mu spokój i nadzieję. Te umiejętności, które w sobie wyrobił, których się nauczył i które weszły w jego DNA, dały mu zawód – został kamerdynerem. Dodam: bardzo dobrym kamerdynerem. I pewnego dnia został zaproszony do Białego Domu. Tak zaczyna się jego „wkład” w historię Stanów Zjednoczonych, w której on uczestniczy – dalej jako cień, ale taki, który zawsze jest w odpowiednim miejscu. Służył prezydentom: od Eisenhowera, po Regana. Widział ich wzloty i upadki, widział ich radości i cierpienia. Miał rękę na pulsie gdy wydarzenia były tragiczne i ciężkie, a także, gdy byly momenty chwały. Pracował na tej funkcji przez 30 lat, towarzysząc w pracy 8 prezydentom. Ale to tylko jeden element fabuły tego filmu. Z drugiej strony widzimy rodzinę, która rozpada się, widzmy piętno urodzenia się w innym kolorze skóry, widzimy ambicję i walkę z/o/dla państwa, w którym się żyje.

Mimo wielu uchybień, które „Kamerdyner” ma, film oglądało mi się absolutnie dobrze. Zachwyciłam się nim, bez dwóch zdań. Podoba mi się wątek historyczny, związany również z przemianami społecznymi i ewolucją, z walką o prawa i swobody obywatelskie i ambicją, by nosić głowę odpowidnio wysoko. To kompedium wiedzy na temat ostatnich dziesięcioleci, to esencja tego w jaki sposób USA wypracowały sobie ponad wszystko miłość i szacunek wobec wolności. Bardzo podobało mi się to, że w projekt zaangażowano tylu rewelacyjnych aktorów, przed którymi stało nie lada wyzwanie – wejść nie tylko w rolę, ale i w kontekst. Bardzo podobał mi się wątek konfliktu Cecila z synem i przemiany, jaka zaszła w jego pierworodnym. I w życiu bym nie powiedziała, że królowa talk-show tak dobrze odnajdzie się na dużym ekranie. Brawurowo zagrała żonę głównego bohatera i mam wrażenie, że przyćmiła nieco nawet Whitakera. Jeśli zaś chodzi o samo dzieło – trudno przyczepić się do jakieś poprawności politycznej bądź „prawdziwości” pewnych faktów. Właściwie – to nie ma znaczenia. Dzieło ogląda się bardzo dobrze. Cecil jest postacią stworzoną na potrzeby tej produkcji, ale cała reszta – nie. Połączenie wątków biograficznych z fikcją jest dla mnie strzałem w dychę.

„Kamerdyner” to gwarancja dobrze spędzonego czasu z dobrym kinem.

ON:

Znamy już tegorocznych kandydatów do Oscarów. Część nominacji nie dziwi wcale, część zaskakuje, ale tak było zawsze i zawsze będzie w świecie czerwonych dywanów i świateł reflektorów. Nie dziwi mnie brak w zestawieniu „Kamerdynera”, który mógł pewnie stanąć w szeregu pomiędzy innymi „wielkimi wygranymi”, gdyby nie pewne drobiazgi, wpływające na odbiór całego obrazu.

Film zaczyna się krótkim epizodem, dziejącym się na plantacji bawełny. W przeciągu kilu minut główny bohater Cecil Gaines traci ojca i matkę. Wszystko za sprawą białego pana, który miał taki kaprys. Cały świat wywraca się do góry nogami, ale resztki ludzkiego odruchu, jaki przejawia biała pani domu, pozwalają chłopcu przynajmniej na chwilę zapomnieć o tym co się stało. Kobieta zabiera go z plantacji do posiadłości, by tam uczył się usługiwać w domu. Mijają lata, z dzieciaka wyrasta prężny mężczyzna. Aby nie podzielić losu ojca, postanawia on opuścić plantacje i zaczyna szukać szczęścia w innym miejscu. Los chce, że trafia pod dach hotelu, a ze swoimi umiejętnościami odnajduje się tam bez żadnych problemów. Z jednej strony doświadczenie i wykształcenie, a z drugiej dystans i ogromne posłuszeństwo powodują, że dnia pewnego Cecil zostaje zaproszony do Białego Domu. Tam dostaje ofertę pracy jako kamerdyner. Tak zaczyna się jego trwająca trzy dekady służba dla kolejnych prezydentów Stanów Zjednoczonych. Jako cichy i nieobecny sługa jest przy wszystkich najważniejszych decyzjach, widzi i słyszy wiele, ale na nic tak naprawdę nie ma wpływu. Prezydenci się zmieniają, jedni odchodzą inni umierają, ale żaden z nich nie może do końca poradzić sobie z problemami rasowymi, jakie trawią Amerykę.

Gdy jeden tor opowieści skupia się na Białym Domu i zmianach na ulicach USA, drugim wolno sunie się pociąg rodzinnej historii. To w tych momentach poznajemy rodzinę Cecila, jego żonę i dwóch synów, i dramaty im towarzyszące. Gdy kamerdyner jest typem człowieka cichego, walczącego ze wszystkim w środku siebie, to starszy z jego synów – Louis nie ma ochoty patrzeć na to jak traktowani są czarni obywatele Ameryki. Jego stałe protesty, przyłączenie się do Luthera Kinga, a później do Czarnych Panter doprowadzają do ogromnego domowego konfliktu, który trwa wiele lat.

Mijają lata, wątki wzajemnie się przeplatają, a my możemy wraz z narratorem tej opowieści śledzić historię USA – historię burzliwą i pełną przemocy. Pomimo fenomenalnej obsady, film ten nie pojawił się na liście nominowanych. Co było tego powodem? Może zbytnia łagodność, może monotonność, może ogromna poprawność, a może jeszcze coś innego? Ciężko mi stwierdzić, warto jednak powiedzieć, że „Kamerdyner” jest filmem dobrym, na który warto poświęcić dwie godziny swojego czasu.

Autor: Marudy

Podziel się postem
468 ad