ONA:

A jakby tak na jeden tydzień mieć ogromne pieniądze i być dyktatorem jakiegoś małego (albo całkiem sporego) państewka. Mieć olbrzymi pałac, z wielgachnym łożem, z basenami, ze złotą toaletą. Mieć skarbiec wypełniony po brzegi pieniędzmi, złotem, kamieniami szlachetnymi. I mieć służbę odpowiedzialną za wszystko… Tylko dlaczego oni zawsze są tak strasznie popieprzeni?!

Sacha Baron Cohen z braćmi Cohem ma niewiele wspólnego. O ile filmowe rodzeństwo ma na swoim koncie kilka perełek, pan Sacha i jego filmografia przywołują ból zębów. Nie dociera do mnie żenujący „Ali G Indahouse”, ani „Borat”, ani tym bardziej „Bruno”. Oglądałam je czułam się jakby mnie ktoś w oczodół gwałcił jakimś master cockiem, a mój dyplom skończenia studiów patrzył na mnie z wyrzutem. A jak dowiedziałam się, że SBC jest jednym z pretendentów do roli Freddiego, wstrzymałam oddech i nie oddycham do dziś. W ramach protestu. Cechą charakterystyczną jego filmów jest żenuła, która wylewa się z ekranu. Bazowanie na stereotypach, dowcip odbytniczo-fekalny, wszystko zupełnie pozbawione minimalnego gustu, minimalnej klasy i doszłam do wniosku, że „Straszne filmy”, w zderzeniu z dziełami pana Sachy, wyglądają jak ambitne etiudy filmowe, stworzone przez geniuszy.

No i czas na „Dyktatora”. Tym razem Sacha wciela się w Aladeena, dyktatora jakiegoś arabsko-podobnego zadupia, gdzie ropa naftowa tryska radośnie, gdzie faceci wchodzą w związki z kozami, gdzie broda jest wyznacznikiem męskości i gdzie demokracja nie znaczy nic. Aladeen stanął na czele Wadyii mając sześć lat, gdy jego ojciec zginął na polowaniu. Oj, nieszczęśliwe wydarzenie – dosięgło go 97 kul i granat. Zupełny przypadek. I od tego tragicznego momentu, państwem rządził nowy Naczelny Przywódca, Generał Admirał. Jego głównym zajęciem jest nienawidzenie Zachodu i kontrolowanie projektu nuklearnego. Poza tym, jak ktoś go drażni, denerwuje, sprzeciwia się, od razu każe go likwidować. A jego samego chroni 30 pięknych kobiet, ponoć dziewic. Ponoć w Wadyi są ludzie, którym żyje się dobrze. Ponoć wszyscy kochają przywódcę i nikt nie chce go zabić… A tymczasem, ONZ swój wścibski nos wtyka w sprawy wewnętrzne państwa. I wtedy właśnie Aladeen postanawia sam pojawić się na amerykańskiej ziemi, by stanąć przed ONZ. Ale nie wie, że to wszystko to spisek, mający na celu pozbawić go władzy, a jego ukochane państwo przerobić na maszynkę do ropy naftowej…

Aladeen, na skutek działań „przyjaciół”, zostaje porwany, ogolony i zastąpiony sobowtórem, swoją drogą – kretynem. Bez charakterystycznej brody nikt go nie poznaje. Okej, mówi dziwnie, ma obcy akcent, ale heloł, to Nowy Jork, tam mało kto mówi po angielsku-angielsku. Zagubionym Generałem zaczyna „opiekować” się Zoey, którą przepełnia dobroć, zaufanie, radość, która pomaga wszystkim zagubionym, niezależnie od rasy, religii, narodowości. Razem z nimi ma sklep z organicznym jedzeniem. Przytula ich, daje prace, wspiera. Jest słodka i poprawna. Do porzygu. I nie goli pach. I odkrywa przez Aladeenem potęgę autoerotyzmu, więc nasz bohater ma już co robić. Oczywiście, między nimi zaczyna coś się dziać. Ale Zoey nie wie kim jest jej nowy kolega, a on nie wie jak ma jej o tym powiedzieć. No i do tego czeka go jeszcze walka o władzę.

W filmie nie ma za grosz poprawności politycznej. Bazuje na utartych przekonaniach i stereotypach. Twórcy wyśmiewają wszystkich, jak popadnie, bez rozróżniania na płci, narodowości, rasy, preferencje seksualne, religie, i wymieniać tak mogę bez końca. Film jest mega niespójny. Z jednej strony mamy poruszane ważne tematy, z drugiej mamy sranie na przechodniów i robienie laski odciętą głową. Żarty wepchane są na siłę. Męczą. Irytują. Ok, żeby nie było, że jestem pozbawiona poczucia humoru, scena w helikopterze była kapitalna. Finałowy tekst „Jesteś w ciąży? To będzie chłopiec czy aborcja?” zmiażdżył mi głowę (takie żarty lubię najbardziej!), ale to by było na tyle. Po seansie byłam zmęczona arabską muzyką, arabskim akcentem, żenułowatym humorem. Ale w porównaniu z poprzednimi „Boratami „ czy innymi „Brunami” – „Dyktator” jest filmem rewelacyjnym.

ON:

Na świecie jest cała masa państw i państewek, rządzonych przez opanowanych manią wielkości tyranów, którzy trzymają za jaja swoich podwładnych. Państwa demokratyczne przeważnie mają daleko, co się w tych dyktaturach dzieje. Czasami coś tam skomentują, zagrożą wysłaniem swoich żołnierzy w celu pacyfikacji, a wszystko w imię wolności. Docelowo i tak kończy się na tym, że po wykoszeniu „złego władcy”, stery przejmuje nowy, „podstawiony” dowódca, zasoby naturalne bierze pod swoją opiekę USA, a reszta dóbr jakie zostaną będzie rozkradziona.

Takie państewko to Wadiya. Republika rządzona przez bezwzględnego tumana, jakim jest generał Aladeen. Po jego dojściu do władzy, a było to w momencie gdy skończył 7 lat, nastały lata grube dla jego podwładnych. Grube dlatego, bo wszyscy mieli grubo prze..ne. Źle szedłeś po schodach? Kula w łeb. Powiedziałeś coś nieodpowiedniego? Kula w łeb. Podczas drugiej wojny światowej była mniejsza umieralność, niż we współczesnej Wadiyi. W rządach terroru pomaga naszemu przywódcy jego wuj, Tamir. Perfidny, wyrafinowany i myślący tylko o sobie wojskowy, któremu od początku źle z oczu patrzy. Nasz dyktator jest bardzo rozpieszczony, co noc śpi z inną znaną gwiazdą (każdy ma swoją cenę), którą obdarza śliczną opryszczką, a po upojnym seksie robi sobie z nią zdjęcie. Na jego ścianie takich fotografii znajdziecie setki. Kto z nim nie był w łóżku… Ale nikt go nie chce przytulić.

Nadszedł czas, kiedy rząd USA powiedział stanowcze DOŚĆ! Jeśli w Nowym Jorku na posiedzeniu ONZ nie pojawi się Aladeen, jeśli nie zaprzeczy, iż posiada broń nuklearną i jeśli nie przeprowadzi wolnych wyborów w swoim kraju, to USA wyśle do Wadiyi kontyngent pokojowy. Opcja co najmniej słaba. Dyktator wyrusza więc do tej kolebki AIDS i rozpusty, aby pokazać jak daleko ma Organizację Narodów Zjednoczonych. Tak jak nikt „nie spodziewał się Hiszpańskiej Inkwizycji”, tak nasz przywódca nie spodziewał się tego, że jego wuj zrobi mu psikusa i go zdradzi. Nasłany przez Tamira specjalista od brudnej roboty jest debilem jakich mało. Nie udaje mu się co prawda uśmiercić Aladeena, ale pozbawia go jego głównego atrybutu  – wspaniałej, bujnej brody. Po ucieczce z sali tortur, błąka się biedak w samej bieliźnie po ulicach miasta i stara się odzyskać utraconą władzę. Na ulicy spotyka Zoey, popieprzoną jak „Lato z Radiem i Polsatem” aktywistkę, która z racji sowich nieogolonych pach otrzymała barwną ksywkę „Woolferina.” Dziewczyna przygarnia dyktatora, który przedstawia się jako Alison Burgers i pozwala mu spać, i pracować w jej sklepie z naturalną żywnością. Ta, obsługiwana przez dziwną mieszankę uchodźców, dziura stara się konkurować z Green Worldem o miano najlepszego sklepu z zieleniną na Brooklinie. Niestety, z bardzo niską oceną sanepidu nie zajdą daleko. Od tej chwili zaczyna się druga część spektaklu, jaki nam zapodaje Larry Charles oraz Saha Baron Cohen. Ten reżyser oraz aktor współpracują ze sobą już jakiś czas i za każdym razem spod ich skrzydeł dostajemy kolejną, zdrowo pieprzniętą komedię. Najpierw „Borat” później „Bruno”, a teraz „Dyktator” Kolejne minuty stają się coraz bardziej groteskowe i chamskie. Wysublimowany fekalny dowcip na pewno nie przemówi do każdego, ale znajdzie dużą liczbę fanów. No w końcu jak nie śmiać się z: „Jesteś w ciąży? To cudownie! Będziesz miała chłopca, czy aborcję?” Sprawdźcie sami co będzie dalej.

Film dla tych, którzy nie boją się chamstwa, syfu i obłudy. Dla osób, które nie mają problemu z nabijania się ze wszystkiego co święte i wspaniałe. Dla mnie na tak.