ON:

Bardzo lubię mangę oraz anime. Kłócimy się czasem z Pauliną o te gatuneki, bo ona niestety nie ogarnia fenomenu japońskich bajek i komiksów. Chociaż nie łykam wszystkiego co popadnie, to na swojej filmowej liście mam trochę rzeczy. W większości przypadków są to obrazy sf lub o ten gatunek zahaczające. Dla mnie niedościgniona jest „Akira” oraz „GiTS”, wraz z całym serialem, ale nie oznacza to, że nie obejrzałem innych „klasycznych dzieł”, a szczególnie tych ze stajni Hayao Miyazakiego. To nazwisko, które kojarzy się tylko z jedną marką, ze studiem Ghibli.

„Spirited Away: W krainie Bogów”, to chyba najbardziej znana produkcja Ghibli.  W opowieściach Miyazakiego jest coś magicznego i lekko niepokojącego. Wielowarstwowe światy, które są tu ukazane, to najlepsze, co może spotkać fana animacji z Kraju Wiśni. Komiczny i słodki Totoro, przerażona i zmuszona do walki Sophie z „Ruchomego Zamku Hauru”, czy właśnie Chichiro ze „Spirited Away”, to najlepszy przykład na to, że bajka nie musi być nudna, a każdy widz czeka na przygodę – taką, która nie wydarzy się po raz drugi. Każdy z nas może pojechać w dowolne miejsce na ziemi, ale magicznych wypraw nie możemy przeżyć w żaden ze znanych nam sposobów. To trochę jak w „Koncercie nieskończoności” Grega Beara, który czytałem wiele lat temu. Za każdym razem gdy otwierałem karę księgi, chciałem przeżyć to, co jej bohater. Możliwe, że dlatego „Niekończąca się opowieść” wywarła na mnie i na wielu innych tak wyjątkowe wrażenie.

“Spirited Away” opowiada o małej Chichiro, która przeprowadza się z rodzicami do nowego miejsca. Podczas podróży rodzina gubi drogę i ląduje w dziwnym opuszczonym lunaparku. Rodzice dziewczynki widząc uginający się od specjałów stół, zasiadają do niego i zaczynają się obżerać. Mała dziewczynka coś podejrzewa, coś się jej nie podoba, ale nie wie co to może być. Zwiedzając zakamarki tego dziwnego miejsca nawet nie zdaje sobie sprawy z ogromnego zagrożenia, jaki czyha na nią i jej rodzinę po zmroku. Gdy słońce zachodzi wzmaga się wiatr, pomiędzy straganami i na uliczkach pojawiają się jakieś dziwne przeźroczyste postacie, a jej rodzice zmieniają się w wielkie, dorodne prosiaki. Nie mająca pojęcia co się dzieje dziewczynka wpada w panikę. Na pomoc przychodzi jej zielonowłosy chłopak, który nie tłumacząc za wiele stara się utrzymać ją w ryzach. Szybko dowiaduje się, że jakimś magicznym sposobem trafiła do krainy rządzonej przez Yubabę, która jest czarownicą i wszyscy się jej boją. Mała Chichiro może wyrwać się z tego miejsca tylko w jeden sposób – ciężką pracą.

Miyazaki popuścił wodze fantazji i nie ograniczał się w tworzeniu kolejnych postaci oraz wymyślaniu całej bajki. Chichiro musi zacząć pracować w ogromnej myjni, domu mydlanym, który podlega czarownicy. Na początku jest niezgrabna, a każde dziwne zdarzenie (a jest ich tu wiele) powoduje u niej ogromny szok i niedowierzanie, a później, gdy już przyzwyczai się do nietypowych osobników, staje się wyjątkowo pomocną łaźnianą. Tylko czy to wystarczy, aby uratować rodziców i opuścić dziwny świat?

„Spirited Away: W krainie Bogów” jest dla mnie jedną z najpiękniejszych bajek, jakie oglądałem. Nie mam na myśli rysunku, bowiem kreska nie musi się każdemu podobać, mówię o samym scenariuszu, który jest śmieszny, wzruszający i pouczający, to dzieło, które nie ma sobie równych i nie dziwie się, iż Akademia nagrodziła je Oscarem.

ONA:

Umowa była prosta: Dawid obejrzy ze mną „50 twarzy Grey’a”, a ja z nim „Spirited Away”. Skończyło się tak, że on się naoglądał cycków za wszystkie czasy i to na dużym ekranie, a ja prawie umarłam, bo nic mnie tak nie boli, jak anime, czy jak się te śmieszne chińskie bajki nazywają.

Kiedy zaczęłam jęczeć, że oglądamy „Spirited Away”, to bardzo duża część moich znajomych kwiczała radośnie, bo to ponoć film wyjątkowy, przepiękny, wzruszający i jeszcze cholera wie jaki. Ja do dziś nie wiem gdzie te wszystkie cechy się znajdują, bo jedynym przymiotnikiem, jakim ja mogłabym określić tę produkcję, to „męczący”. Mój boże, dawno się tak nie wynudziłam. Od razu chcę przeprosić wszystkich fanów, ale ja nie jestem w stanie oglądać anime. Nie i tyle. Wykańcza mnie każdy element tych dzieł, zaczynając od ich języka, który jest dla mnie równie przyjemny co depilacja (głęboka) woskiem, przez samą „kreskę” animatorów, na fabule skończywszy. Połączenie dramatu, fantasy i anime to dla mnie o 2 rzeczy za dużo. Jestem wychowana na bajkach od Hanna-Barbera, Warner Bros. Animation i Disney’a, a potem był Pixar i Dream Works. Studio Ghibli, w którym powstał film Hayao Miyazakiego nie leży w kręgu moich zainteresowań, a jeśli chodzi o upodobania, to stoi nawet za brukselką, której po prostu nie lubię i nic nie jest w stanie mnie przekonać, że gdzieś na świecie są osoby, które za nią przepadają.

Nie ma sensu, żebym rozpisywała się o fabule „Spirited Away”, bo najpewniej obrażę przy tym gust wielu osób, w tym osób mi bliskich. Mi to po prostu nie siedzi. Drażnią mnie bohaterowie, dźwięki, które wydają i upychanie coraz to bardziej zamotanych związków i relacji w filmie, który sam w sobie jest zamotany straszliwie. Okej, niech będzie – ta historia jest fajna, dająca do myślenia, ale dokładnie te same wartości mam w innych animacjach, których wykonanie mnie po prostu nie drażni.

Nie jest mi po drodze z mangą, anime i całą resztą. Nie chcę do tego podchodzić kpiąco, więc może zakończę właśnie w tym miejscu. Film dla fanów tego stylu. Ja zdecydowanie wolę Minionki.