ONA:

Mamy 1980 rok. Od jakiegoś czasu Black Sabbath funkcjonuje bez Ozzy’ego, który akurat święci triumfy solo. Wiadomo, widownia ta sama, a kasą nie trzeba dzielić się z nikim. Jego miejsce zastąpił Dio, który wokalnie zjadał poprzednika. Były wokalista Rainbow w połączeniu z ekipą z Black Sabbath stworzyli przepiękne dzieło – „Heaven and hell”. 

Jakbym miała wybrać kilka płyt, które ukształtowały mój (skostniały i bardzo nietolerancyjny) gust muzyczny, to „Heaven and hell” będzie w czołówce. Dlaczego? Powodów jest kilka. Ale one wszystkie składają się na kapitalne dzieło muzyczne, które zachwyciło mnie po pierwszym przesłuchaniu i zachwyca dalej. Ciągle, bez przerwy, nieustannie. Muzycznie mamy perełkę. To, co Tony Iommi wyprawia z gitarą, doprowadza mnie do dreszczy, a gęsia skórka rośnie w siłę. Do tego dodajmy nieco krzykliwy głos Dio, który jak nikt potrafił tak ostro, tak drapieżnie wyciągać góry. Na basie Geezer Butler, na perce Bill Ward, a w klawisze walił Geoff Nicholls. Dla mnie ta piątka stanowiła najlepszy skład Black Sabbath. Piątka, która dała mi prawie 40 minut rewelacyjnej muzy. Pierwszy kawałek to dynamiczny „Neon knights”. Słyszymy tu wyraźnie solidny rytm, wybijany przez perkusistę. Głos Dio w refrenie szybuje wysoko. Dalej mamy jedna z najpiękniejszych

heavymetalowych ballad, czyli „Children of the sea”. Jest to kawałek początkowo delikatny, żeby za chwilę uderzyć serią genialnych rifów. Rewelacyjny do samochodu, nawet do takiego, który ma silnik o pojemności 1.0. Dalej czeka na nas „Lady Evil” i kiedyś usłyszałam, że to piosenka o mnie. Ciekawe w którym momencie… Może: Lady Evil, evil 

She’s a magical, mystical woman…? I jak już jesteśmy przy słowach… Kolejny kawałek to „Heaven and hell”, który znam na pamięć i okropnie żałuję, że nie ma go na SingStarze. Ależ bym darła pysio! Właśnie w tym kawałku Dio udowadnia, że nie bez przyczyny jest w czołówce najlepszych wokalistów rockowych. Wystarczyły pierwsze słowa tej piosenki. A potem rewelacyjny popis daje Tony. Piosenka, która ciarzy, ekscytuje, nakręca. Sing me a song, you’re a singer do me a wrong, you’re a bringer of evil… Idźmy dalej. „Wishing well” to kolejny dynamiczny utwór. Tu znowu się powtórzę, ale Dio z resztą ekipy udowadniają, że robią na tej płycie jakieś cuda, o ile „cud” pasuje do klimatu tego zespołu. Fakt, to bardziej czary. Czary muzyką, każdym dźwiękiem, który słyszę. I uwielbiam ten fragment tekstu: Time is a never ending journey. Love is a never ending smile. Give me a sign to build a dream on. Dream on… Potem czas na kawałek, który niesie niezwykle budujące przesłanie: So live for today. Tomorrow never comes. Die young! On z kolei jest zbudowany odwrotnie. Najpierw mamy solidne tempo i taką gitarę i perkę, że aż chce Ci się skakać pod sceną na koncercie. Potem mamy wyciszenie. A potem znowu dynamicznie! Ajjj, jak ja to lubię! Płytę zamykają dwa, równie dobre i mocne kawałki. „Walk away” według mnie jest najlżejszy, ale nie mówię, że zły. I ostatnia perełka „Lonly is the world”. Dla mnie to już hymn. W tle mamy elektryzującą muzę, a szanowny pan Ronnie przechodzi samego siebie.

Płyta jest GENIALNA. Ja uważam, że Black Sabbath nie ma lepszej. Z całą moją miłością i uznaniem do Ozzy’ego, którego poważnie uwielbiam, on by to spierdzielił. Jest rewelacyjna do słuchania w samochodzie, w domu, na full i cicho. Jest absolutnie dopracowana i wypieszczona. POLECAM!