ONA:
Filmy, na które chodzimy do kina dzielą się na filmy które ja chcę zobaczyć, filmy, które chce zobaczyć Dawid i te, na które oboje mamy ochotę. ‘The Grey’ był ochotą Dawida i mniej więcej w połowie seansu odwróciłam się do niego i powiedziałam ‘Po raz ostatni wybrałeś film’. Dlaczego? Bo akurat miałam ochotę na odmóżdżenie się przy kartonie z naczosami, bo chciałam odpocząć, a tu mi każą myśleć nad tym co widzę. A ja miałam straszną ochotę nie myśleć… The Grey – recenzja
Pierwszych kilka scen to: smuty, bo ukochana odeszła, zdychający przez zastrzelenie wilk, próba samobójcza i katastrofa samolotu z ponad setką trupów. Na szczęście kilku panom udaje się przeżyć. W ramach poprawności politycznej, mamy tu przekrój różnych nacji. Oczywiście, na czele stoi dzielny irlandzki Qui-Gon Jinn. Wokół wilki jakieś. Tyle, że on nie na deszczu, a w śniegu. No faktycznie, śniegu było dużo w tym filmie. Ogromną wadą tego filmu jest to, że od razu wiesz, że Ci szczęśliwie uratowani zaraz zginą i to śmiercią o wiele gorszą niż 3 sekundówka samolotowa. Ba, jesteś w stanie ustalić od razu kolejność. Mi było niezwykle szkoda pana nr 2 (Kurt Cobain, tylko nie przećpany i bez dodatkowego otworu po headshoocie) i pana nr 7 (no jakąś moją sympatię tam zdobył, można powiedzieć, że był uroczy).
To nie jest film ani o katastrofie i sposobach przeżycia jej, ani o wilkach (które nie zamieniają się w świetnie zbudowanych chłopców). To jest film o ludziach, w położeniu bez wyjścia: czy będą walczyć, jak długo będą walczyć i kiedy w końcu powiedzą ‘Dość’. To film o kłóceniu się z Bogiem. To film o tym, co nas utrzymuje przy życiu.
Dzień później okazało się, że po napisach była jeszcze jedna scena. My oczywiście, zero szacunku dla twórców, wyszliśmy z kina… I dobrze mi z tym było, bo ta niepewność zamykała ten film. Teraz jestem po uzupełnieniu tej jednej sceny i wolałabym nie wiedzieć, że ona w ogóle była.
Mimo, że siedziałam napięta jak struna przez cały seans, mimo, że średnio podobały mi się niektóre sceny, do tego stopnia, że wręcz odwracałam głowę, mimo, że film jest przewidywalny do bólu i nierealny jeszcze bardziej – POLECAM. I chcę mieć ten film w naszej domowej filmotece.
PS. Liam Neeson ma niesamowity głos i absolutnie przepiękne oczęta!
ON:
Od czasów „Uprowadzonej” na Liama Neesona popatrzyłem jak na innego aktora. Facet koło 60-tki , który biega, skacze i daje po ryjach. Hmmm… właściwie mi się to podoba. Po obejrzeniu pierwszej zajawki The Grey wiedziałem, że chce zobaczyć ten film. Poszliśmy na niego może w trochę złym czasie, gdyż w chwili obecnej powinniśmy oglądnąć coś lekkiego i śmiesznego. Niestety wyszło inaczej.
Nie jest to kino lekkie. Mimo, że reżyser nie za bardzo wiedział, co za gatunek właściwie robi, to całość jest zgrabna i jakoś się ten film ogląda. W obrazie mamy i film katastroficzny (rozbity samolot) i horror (wielkie wilki ludojady) i jakąś psychologiczną rozkminę o tym, jak się zachowamy w ekstremalnych przypadkach, kiedy to przyciśnięci zostajemy do muru. Nie jest to kino złe, ale nie każdemu może podejść. Bo jak by nie patrzeć koniec końców jest to film o umieraniu.
Są dwie rzeczy, które w filmie mnie urzekły. Po pierwsze Liam jest naprawdę świetnym aktorem, niezależnie czy macha mieczem świetlnym, czy odbija córkę porywaczom, czy stara się przetrwać na Alasce. Kolejna sprawa to kadry. Podobało mi się ciasne kadrowanie gdyż, za każdym razem myślałem, coś wyskoczy z boku i pożre kolejnego nieszczęśnika.
Dla mnie ten film był dobry, nie rewelacyjny ale naprawdę dobry i wiem, że kiedyś jak pojawi się na DVD lub BR będzie w mojej kolekcji. Więcej nie napiszę bo nie chce spojlerować, a Paulina bardzo ładnie go opisała powyżej. Tak czy inaczej warto skoczyć do kina aby zobaczyć Liama pogromcę wilków.
PS. To nie film na pierwszą randkę.
