ON:
„Życie Pi”, film na podstawie bestsellerowej książki Yanna Martela, potrafi zauroczyć. Robi to tylko wtedy, gdy oglądamy go bez polskiego „dupingu”. Podłożenie głosów rodzimych aktorów pod to dzieło dyktowane jest tylko dwoma czynnikami: po pierwsze ktoś wpadł na pomysł, aby skierować je do dzieci i młodzieży, po drugie – chodziło o kasę. Wiadomo, że jak dzieciaki zobaczą trailer i się im spodoba, to będą chciały zobaczyć ten film.
Jak zwykle jest to błędne rozumowanie dystrybutora, bowiem jakby nie patrzeć „Życie Pi” nie jest filmem dla dzieci, młodzież także może mieć problem z jego zrozumieniem, a i nie jeden dorosły potraktuje go jak zwykłą historyjkę z ładnymi efektami specjalnymi.
Ważne jest, aby oddać się tej opowieści i pozwolić się jej pochłonąć. Jak wiadomo najwspanialsze scenariusze pisze nasze życie. Z takiego założenia wyszedł także pewien młody pisarz, który postanowił napisać książkę o niejakim Pi. Dlaczego akurat o nim? Bowiem podobno jego opowieść pozwoli uwierzyć w istnienie boga. Tak więc pisarz odwiedza Pi, ten zaś postanawia podzielić się z nim historią, która jest tak samo wzruszająca, jak nieprawdopodobna. Wszystko zaczęło się wiele lat wcześniej, kiedy Pi był jeszcze małym chłopcem.
Ojciec młodego Hindusa był właścicielem zoo. Chłopiec od najmłodszych lat wychowywał się w poszanowaniu życia i religii. Był też bardzo ciekawski, no i poszukiwał swojego miejsca na tym padole łez. Pi opowiada o pierwszej miłości i swoim zauroczeniu młodą i piękną hinduską, która ukradła mu serce. Jednak nie mógł nacieszyć się długo tym stanem, bowiem jego ojciec zdecydował, że sprzedadzą zwierzęta i zaczną wieść nowy, lepszy byt w Kanadzie. Niestety, słowo ojca jest ostatecznym i decyzja już zapadła. Nie ma możliwości odwołania od tego wyroku. Czasami karma lubi jednak płatać figle. Tym razem przybiera ona postać sztormu, zatapiając statek, którym płyną Pi oraz brat i rodzice, a także cały inwentarz. Jakimś cudem młody mężczyzna przeżywa tę tragedię, a na szalupie, jaka ostała się ze statku ,nie jest sam. Towarzyszą mu między innymi zebra i tygrys o niewinnym imieniu Richard Parker.
„Życie Pi” jest filmem wyjątkowym. Nie tylko pod względem scenariusza, ale i efektów. Jest to dzieło piękne, przepełnione kolorami, składające się z idealnie dopasowanych kawałków. Nie ma tutaj miejsca na braki. Dzięki temu wybieramy się w sentymentalną podróż do wnętrza naszych osobowości – w podróż, która zapiera dech w piersi.
Dzieło Anga Lee zalicza się do tych, które trzeba zobaczyć, tyle, że trzeba to zrobić w odpowiednim momencie. Jeśli za szybko siądziecie do seansu, możecie zrazić się i nie wrócić od niego więcej. Nie ukrywam, że dla mnie film jest dużym zaskoczeniem.
ONA:
Kiedy „Życie Pi” stanęło na szczycie najbardziej komentowanych filmów, jakie kiedykolwiek powstały stwierdziłam, że poczeka na „inny moment”. Ilość pytań pt. „Widziałaś? Nie! Żałuj, musisz koniecznie zobaczyć!” graniczyła z wszelką przyzwoitością. A ja przeczekałam. Kiedy największa fala popularności opadła, mogłam „na spokojnie” zabrać się za historię chłopca o niewymiernym imieniu…
„Życie Pi” możemy podzielić na kilka części: przed katastrofą, po katastrofie i retrospekcje. W pierwszej – poznajemy małego chłopca, który jest wyjątkowy. Cała jego „historia” intryguje – od wyboru imienia, po inteligencję i ogromną potrzebę współistnienia z bogiem, właściwie z bogami. Na tym etapie miałam cholerną wątpliwość, czy chcę ten film oglądać, bowiem „boskie” tematy są mi zupełnie obce. Na szczęście jakoś przetrwałam do momentu, kiedy Pi i jego rodzina, wchodzą na pokład statku, by odnaleźć nowe życie. Ale na bezkresnym morzu rozgrywa się tragedia. Sztorm, burza i cholera wie co jeszcze, powoduje zatonięcie statku. Niestety, rodzina Pi ginie, a on sam cudem ratuje się w szalupie, w której schronienie znalazła przerażona zebra. A, bo nie wspomniałam, że rodzice głównego bohatera mieli zoo i ze zwierzakami rozpoczęli podróż. Koniec końców na tej jednej, małej łódce, poza Pi jest wspomniana już parzystokopytna, a także orangutan, hiena i tygrys…
Bardzo chciałabym nie zagłębiać się w fabule – ja takich filmów po prostu nie lubię. O ile w „Cast away” było momentami śmiesznie, tak w „Życiu Pi” jest religijno-filozoficznie, a ja tego nie kumam, nie ogarniam i generalnie bardziej mnie to drażni i irytuje, niż zachwyca. Wiecie dlaczego? Bo cała ta historia ma moim zdaniem więcej nienaturalnej fikcji, niż w niejednym sci-fi. Tego typy produkcje powstają po to, żeby „dawać nadzieję”, że nie należy się poddawać, nawet, gdy znajdujesz się na środku wielkiej wody, z dzikim i głodnym zwierzęciem (jak łatwo można się domyśleć, pozostałe elementy fauny nie przetrwały, om nom nom nom). Jeszcze do tego wszystkiego oglądałam ten film z polskim dubbingiem, co naprawdę jest przeżyciem bolesnym. Ale! „Życie Pi” to dzieło, które obejrzeć trzeba. To absolutnie piękny film, a seans jest genialnym przeżyciem. Aż żałuję, że nie obejrzałam go na dużym ekranie, bo mogłoby to być porównywalne do „Avatara”, czy „Między piekłem a niebem”, gdzie każde ujęcie, każdy kadr i każda scena wyglądały po prostu przepięknie. Te filmy zaliczają się do ciągle wąskiego grona produkcji, które ujmują technicznie, a ich plastyczność i perfekcja wykonania, budzą zachwyt. Po prostu – są piękne. W „Życiu Pi” pomysł na realizację pewnych ujęć mnie powalił na kolana.
