Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

Baner FILMY RECENZJA

Star Wars: The Force Awakens

ONA:

Cudownie było w tym roku w kinie zobaczyć Mad Maxa, zajrzeć w paszczę dinozaurów, obejrzeć co nowego u pana Terminatora i u młodszego pokolenia Griswoldów, ale najbardziej czekałam na grudzień. Bo wiecie… Ja uwielbiam „Gwiezdne wojny”, od zawsze. No jaram się tym, bardzo, co jest z deka dziwne, bo nigdy nie przepadałam za sci-fi. Wyjątkiem są właśnie „Gwiezdne wojny” i przygody Ripley i jej ohydnego kolegi. Ale… Tak, jest jedno „ale”. Nigdy nie widziałam żadnej części w kinie. Tak wyszło. Jest mi z tego powodu baaardzo smutno, ale ciągle mam nadzieję, że uda mi się kiedyś siąść w ciemnej sali i obejrzeć je wszystkie, raz jeszcze, tak jak należy.

Tak, poniósł mnie ten cały „hype”. Co prawda nie kupiłam ziemniaków z oznaczeniem „Star wars”, ale te wszystkie gadżety, które zalały sklepy, sprawiały, że dosłownie wierciłam tyłkiem z radości. Dokładnie tak samo robi Bowie, kiedy padają magiczne słowa „Idziemy na spacer?”. Bilet na nocną premierę miałam kupiony kiedy tylko się pojawiły. I dosłownie – odliczałam, blokując jednocześnie ze wszystkich stron jakiekolwiek informacje, plotki i przecieki. Wiedziałam, że będzie stara ekipa i to mi wystarczyło. Wiedziałam, że jest nowy reżyser – i to też mi wystarczyło, chociaż bardzo bałam się, że J. J. Abrams nie doniesie.

Ja w ogóle wielu rzeczy bałam się, jeśli chodzi o ten film. Że „nowy” crew nie okaże należytego szacunku starszym, szczególnie tym najstarszym częściom, że będzie to wszystko szyte grubymi nićmi, tylko po to, by natrzepać kasy, że będzie ckliwie, infantylnie, ciut za bardzo „pod dzieci”.

Ale było dobrze.

Nie mam zamiaru pisać o fabule, bardzo bym chciała, żeby wszyscy siedzieli w kinie z dokładnie takimi samymi emocjami jak ja, a każde, niepotrzebne słowo sprawiłoby, że mogę popsuć komuś fun. Bo on jest. J. J. Abrams okazał się wspaniałym następcą Lucasa i innych reżyserów, którzy mieli zaszczyt pracować przy Star Wars. Bardzo mocno oparł swoją reżyserię na tym, co było najlepsze w poprzednich częściach i widać tu, że te starsze są mu bliskie. „Przebudzenie mocy” jest dokładnie takie, jakie powinno być. Okej, jest ciut ckliwe, ciut przewidywalne i tak – widać, że apetyty rosną w miarę jedzenia, bo ta część otworzyła furtkę na kolejne, ale zrobiła to w sposób fantastyczny. Tak, nie wszyscy bohaterowie są świetni, ale kilkoro jest! Jest muzyka Williamsa, są świetne efekty, jest dowcip, jest wzrusz… Jest super, naprawdę! I jest BB-8, który tak cholernie przypomina mi Bowie… Podobnie jak R2D2 – to jeden z najbardziej charakternych bohaterów tego filmu.

Idźcie do kin. Nawet jak nie przepadacie. „Gwiezdne wojny” to produkcja, która tworzy historię kina.

ON:

Nocna premiera „Star Wars: The Force Awakens” trochę mnie zawiodła. Specjalnie nie napalałem się na nic wielkiego i unikałem, jak tylko mogłem spojlerów. Wychowany na oryginalnej trylogii, którą miałem okazję oglądać w kinie wiele lat temu. Wiedziałem, że Abramsowi postawiono poprzeczkę bardzo wysoko. Czy udało mu się ją przeskoczyć? Nie wiem, na pewno bardzo się starał. Po seansie wyszedłem z kina rozdarty pomiędzy dwoma uczuciami: zadowoleniem i zawodem.

Epizod VII dzieje się trzydzieści lat po wydarzeniach z „Powrotu Jedi”. To jedyna rzecz, którą napiszę na temat samej fabuły. Nie chcę spojlerować. J.J. Abrams postanowił zrobić coś bardo trudnego. Musiał stworzyć dzieło, które jednocześnie zadowoli „starych” fanów sagi, a także przygotuje młodych, szczególnie tych, którzy stawiają swoje pierwsze kroki w tym Universum. Trzeba przyznać, że to zadanie udało mu się bardzo dobrze, pojawienie się znanych bohaterów powoduje, że w oku każdego pryka, pamiętającego „Star Wars” z VHS-a kręci się łza. I tak sobie myślę, że gdyby nie te postacie, to „Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy” byłoby filmem co najmniej przeciętnym, stworzonym dla dzieciaków. Brak w nim typowo spaceoperowego zacięcia, które widać było w „Starażnikach galaktyki”. To właśnie te postacie spowodowały, że stawiam „Gwiezdne wojny” na równi ze „Star Trek: Into Darkness”, które było dla mnie naprawdę wielkim, pozytywnym zaskoczeniem. Tam J.J. Abrams pokazał, że stara szkoła może zostać pokazana na nowy sposób. Jest jednak jeden mały minus. W przypadku „Star Trek” nie trzeba było robić drastycznego przebudowania „nowego uniwersum i bohaterów”. Niestety, „Gwiezdne wojny” musiało to spotkać. Nowe twarze mają zastąpić w przyszłości „stare legendy”, jednak problem jest taki, że nie muszą się podobać. Czasem nawet drażnią i irytują. Kolejny minus to brak w tym filmie większej ilości „fluffu”, tego backgroundu, który wyjaśnia pewne sprawy, zjawiska, opisuje świat.

Jednak chyba największym problemem jest przewidywalność tego dzieła oraz jego infantylność. Nowi bohaterowie mają się podobać młodym Padawanom, którzy za jakiś czas będą chcieli przywdziać szaty białej lub ciemnej strony mocy. To film, na który ma pójść ojciec z synem. Podobnie było te 30 lat temu, tylko, że wtedy nikt nie obawiał się pokazać tej mrocznej strony, w sposób dramatyczny i srogi. Imperator przerażał – Vader, był potworem, a krążowniki ciemnej strony do dziś są niesamowicie przytłaczające swoją wielkością.

W całej opowieści podoba mi się bardzo jedna scena. Kiedy na początku filmu Rey przeszukuje wrak krążownika, który leży częściowo zakopany w piaskach Jakku. Echo, światło i cień, zakurzony, zapylony hangar. Naprawdę świetny klimat. Pod koniec filmu jest jeszcze jedna scena, która trzyma podobny poziom. Szkoda tylko, że jest och tak mało.

Na „Star Wars: The Force Awakens” trzeba iść – to jak by nie pisać film dobry i wart obejrzenia w kinie. Mnie nie zachwycił tak, jak bym oczekiwał, ale może jestem spaczony ciemną stroną mocy?