ONA:
Okej, może miałam ciężki dzień. Ok, może miałam ciężki tydzień. Może byłam rozdrażniona tym, że dopadło mnie skrajne zmęczenie, a kilka godzin w pełnym słońcu dorobiło frustrację. Może po prostu miałam zdechnąć na łóżku z jakąś pierdząco-podtekstową komedią… Tymczasem wybrałam film, którym jarałam się totalnie. I co? I nic. Właściwie nie. Czuję się ogromnie zawiedziona.Bo jak inaczej można się czuć, kiedy film, w którym gra śmietanka – m.in. George Clooney. Matt Damon, Bill Murray, Cate Blanchett i John Goodman, który oparty jest na genialnej historii, który jest pięknie nakręcony, opatrzony świetnymi zdjęciami, adekwatną muzyką itp. – jest po prostu skrajnie nudną produkcją, nad którą się wzdycha, ale zupełnie nie z zachwytu?
Jedną z ambicji nazistów, skrzętnie realizowaną podczas II Wojny Światowej, było nie tylko wyczyszczenie narodów, rozwiązanie problemów za pomocą obozów koncentracyjnych i zdobycie panowania na całym Starym Kontynencie, ale również pozyskanie dorobku ludzkości. Cóż, ich „szefem” był artysta, człowiek wrażliwy na piękno, na sztukę, który sam malował delikatne pastelowe obrazy akwarelami. Wychodziło im to wybitnie dobrze. Muzea pustoszały, a Ci, który pragnęli ochronić dorobek, najczęściej kończyli marnie. Czy warto ginąć za kawałek płótna? Za trochę marmuru? Cóż, skoro byli i tacy, którzy postawili na szali swoje życie, widocznie warto. W filmie Clooney’a oddano im wszystkim hołd – oczywiście maksymalnie patetyczny, łapiący za serce i doprowadzający wrażliwsze jednostki do płaczu. Ale po kolei. Grupie osób powierzono misję – mają odzyskać ile się da z dzieł, które zostały przechwycone przez nazistów. Ale to wcale nie jest takie proste. Monuments Men – bo tak owa grupa się nazywała – staje do walki o dorobek ludzkości..
Zastanawiam się co poszło nie tak, że ten film jest tak nędznie opowiedziany. On jest nudny – po prostu, a znudzenie to chyba największa krzywda, jaką można wyrządzić widzowi. Do pewnego momentu mamy nadzieję, że coś, cokolwiek, zacznie się dziać. Na nic to. „Obrońcy skarbów” to wielkie rozczarowanie, a przeciętnie skonstruowany scenariusz sprawia, że wszystko inne – od aktorów, przez zdjęcia, po scenografię – to wszystko świeci światłem odbitym. Nie ma akcji, nie ma dramatu, nie ma sensu. Poszczególne wątki są o wiele ciekawsze, niż całość. Bo całość – niestety, mimo ogromnego potencjału – ej, poważnie, liczyłam na klimat tajemnicy, poszukiwania, a że to okolice wojenne, to może jakieś czołgi, wybuchy, tu ktoś komuś na rękach umiera, blablabla, a tu nic – zawód.
Dużo bardziej uwiodła mnie ta opowieść, niż film z moimi ulubieńcami…
ON:
Wyobraźcie sobie film, w którym mamy świetną obsadę, bardzo dobry pomysł, naprawdę dobrą realizację, a koniec końców jest on nudny jak flaki z olejem. Niestety, takie kino wyszło spod ręki George’a Clooney’a. Wiem, że może Was to zaskoczyć, ale tak niestety jest. „Obrońcy skarbów” to kino mdłe, w którym brak jakiejkolwiek akcji, z dialogami i scenami, które są czasem zupełnie niepotrzebne.
Na początku filmu otrzymujemy informację, że dzieło to oparte jest na faktach. Jeśli w ten właśnie sposób wyglądało odzyskiwanie skradzionych przez rzeszę dzieł sztuki, to był to proces nieemocjonujący. Przeglądanie kolejnych papierków, rozmowa z kolejnymi świadkami wydarzeń i odwiedzanie kolejnych miejsc. Nie ma tu zagadki, która mogłaby przyprawić nas o szybsze bicie serca, a ofiary, które ponieśli poszukiwacze, są bezsensowne i spowodowane raczej przypadkiem, niż niebezpiecznymi działaniami na terenie wroga.
George Clooney wciela się w postać Franka Stokesa, który zbiera niewielki zespół weteranów i znawców sztuki, którzy mają pomóc mu odbić znajdujące się w Europie i zrabowane przez nazistów dzieła. W jego grupie znajdą się spece od wielu dziedzin, ale na pewno nie od walki. To jednak są bardziej gryzipiórki, niż prawdziwi komandosi. Nie oznacza to, że nie potrafią strzelać z karabinów, tyle, że w całym filmie tych strzałów padnie dosłownie kilka. Po szybkim szkoleniu panowie zostają przewiezieni do Normandii i stamtąd muszą rozpocząć swoją podróż. Na początku muszą się rozdzielić, a każda z drużyn ma trafić na trop jednego z wybranych i bardzo ważnych dzieł sztuki. Całe szczęście lokalna ludność jest raczej pomocna i jeśli tylko coś wie na temat eksponatów, chętnie się tą wiedzą podzieli. I tak panowie raz sami, a raz w grupach, przedzierają się przez kolejne miasta, gdzie wojna zrobiła swoje.
Wszystko to jest jednak takie nijaki, bez smaku i polotu. Każda z postaci jest mało interesująca i do nikogo się bliżej nie przywiążemy, a tym bardziej utożsamimy. Trochę to bełkotliwe, trochę za bardzo skupione na antykach, a mniej na samym obliczu wojny. Trochę szkoda. Spodziewałem się innego kina, spodziewałem się opisu odbijania dzieł sztuki, jaki znalazł się w „Demonach Leningradu” Adama Przechrzty. Szkoda, bo przez to dostajemy masę zmarnowanego potencjału, a cała para poszła w gwizdek.
