ONA:

Chcesz obejrzeć film wojenny? Spoko, przyniosę chrupersy i drinki! Bo ja nigdy nie odmawiam filmom wojennym! Naoglądałam się ich tak dużo, że teraz autentycznie czuję niepokój, gdy leci nisko nad moim domem samolot, wydając przy tym charakterystyczny dźwięk. Od razu zerkam gdzie mam portfel, kluczyki do samochodu i psa. I oczywiście nie ma tygodnia, bez minimum jednego snu o tematyce wojennej! Ale to wszystko nic, ja po prostu lubię takie historie. Co ciekawe ta, o której dziś napiszemy, dzieje się podczas Pierwszej Wojny Światowej, która nie jest jakoś wybitnie uwielbiana przez twórców filmowych. A szkoda!

Cała opowieść dzieje się we Francji, do której przybywa eskadra amerykańskich żołnierzy, którzy chcieli/musieli powalczyć na froncie. Każdy z nich miał swoje powody. Oczywiście różnią się oni od siebie totalnie. Mamy mężczyznę, który jest tu tylko po to, by zamknąć usta ojcu, mamy czarnoskórego, który wierzył, że udział w wojnie da mu więcej szacunku wśród białych, jest też taki, który uciekł do wojska z powodu konfliktu z prawem i wreszcie mamy Blaine’a (James Franco), który w tej historii wiedzie prym. Panowie uczą się na przyspieszonym kursie jak latać, jak atakować, jak się bronić i jak przeżyć. Tymczasem wojna zbiera coraz większe żniwo…

„Flyboys” to bardzo poprawny film, w którym jest wszystko to, co powinno być, jeśli ma znaleźć się w gatunku „wojenny”. Jest sporo akcji, jest też dużo dramatyzmu, no i oczywiście musiał pojawić się lekki wątek miłosny. Poza tym mamy tu sporo podniosłych treści, bo przecież to absolutny must have w tym gatunku. Ale całość ogląda się szalenie przyjemnie, chociaż podejrzewam, że to dzieło dla wielu (i w tym dla mnie) będzie na jeden raz. Ale jeśli nie przeszkadza Ci przewidywalność i lekki patos, to powinieneś być zadowolony. Co istotne – mamy tu sporo ładnych, malowniczych kadrów, które przepięknie wypełniają nam czas, ale niestety – jest tu też trochę bzdurek, które mogą wywołać parsknięcie.

ON:

Podczas I Wojny Światowej walka wyglądała inaczej, niż ma to miejsce dziś. Na ziemi, jak i w powietrzu, wojna była drastyczną wymianą ołowiu, który zabijał i nie pytał się o imię. Bardzo mało filmów poświęcono bohaterskim czynom dywizjonów lotniczych, które już tamtym okresie miały niesamowicie barwną historię. Jakiś czas temu natrafiliśmy na film „Flyboys”, opowiadający o historii Eskadry Lafayette. Jednostka ta składała się w dużej mierze z przyjezdnych Amerykanów, którzy zaciągnęli się do francuskiej armii nim jeszcze USA zadeklarowało przyłączenie się do konfliktu zbrojnego.

Za „Flyboys: bohaterska eskadra” odpowiada Tony Bill – reżyser, którego nie znam chyba z żadnego filmu. Możliwe, że dlatego, bo przez 90% swojej kariery reżyserował on seriale telewizyjne. Nie widać za bardzo w tym dziele telewizyjnych manier, ale i tak ma on pełno irytujących i przepełnionych patosem momentów, które mogą doprowadzić do frustracji.

Po „Flyboys” spodziewałem się kina pokroju „Pearl Harbor”, czyli widowiskowego dzieła, które ma charakternych bohaterów i masę świetnych scen batalistycznych. Niestety, zawiodłem się, bowiem nic z tego nie pojawiło się przez ponad dwie godziny na ekranie naszego telewizora. Grany przez Jamesa Franco główny bohater – Blaine Rawlings, to postać płytka i przewidywalna, która bardziej pasuje do kina rodzinnego, niż do dramatu wojennego. Samych scen batalistycznych tutaj nie brakuje, ale są one jakieś sztuczne, bardziej pasują do komiksu o przygodach Czerwonego Barona i pomimo, że cieszą oko, to nie zapierają dechu w piersiach. Szkoda.

Kolejnym minusem tego obrazu jest jego długość. Ponad dwie obserwujemy losy pilotów ich przełożonych oraz osób, które z nimi współpracowały. Czasami to, co dzieje się na ekranie, potrafi na chwilę przyciągnąć naszą uwagę, ale to za mało, byśmy wysiedzieli do końca seansu. Ten film jest po prostu nijaki. Nawet nie mogę powiedzieć, że jest przegadany, bo to nie prawda – nie znajdziecie tutaj wybitnych dialogów, a te które się pojawiają przepełnione są nadmiernym patosem.

Reasumując: możecie sobie odpuścić.