ON:

Średniowiecze – zabobonna epoka, w której to władzę trzymał kościół, gdzie Święta Inkwizycja „nawracała” wiernych, a ludzie żyli w chorobie i ubóstwie. Ogólnie jedyną rozrywką było zażynanie się podczas wojen i pieprzenie wszystkiego co się rusza i na drzewo nie ucieka. Bród, smród i wszechogarniająca miernota. Jakoś tak wyszło, że niejaki Umberto Eco zafascynował się tym okresem historycznym. Napisał trochę prac naukowych, wykłada na uniwersytetach, ale największą sławę odniósł dzięki powieściom, jakie wyszły spod jego pióra. Jedną z nich jest osławione „Imię Róży”.

O książce się nie wypowiem, ponieważ starałem się ją przeczytać kilka dobrych lat temu i niestety, nie przebrnąłem przez nią. Widocznie do pewnych lektur trzeba dorosnąć. Sam Eco twierdzi, że jest ofiarą swojej powieści. Pomimo, iż napisał kilka dzieł, to właśnie to jedno zawsze najlepiej się sprzedaje i o nim się najwięcej mówi. Każda nowa publikacja nakręca sprzedaż „Imienia Róży”. Może powodem jest to, iż ma ona w sobie coś magicznego, co przyciąga czytelników? Może jest to zasługa świetnego filmu, który powstał na bazie tego dzieła i wielu z czytelników sięga po książkę dopiero po seansie filmowym? Nie wiem czy tak jest naprawdę, gdybam sobie po prostu. U mnie tak właśnie było. Wiedziałem, że jest adaptacja filmowa z Seanem Connery i młodocianym Christianem Slaterem, której nie mogłem oglądać, bo byłem gówniarzem i rodzicielka zabroniła. Później trochę się mi podrosło, włos pokazał się w miejscach gdzie pojawił się także Serenie Williams (czyli na jajkach) i mogłem nareszcie legalnie oglądać ten kawał dobrego kina. Co ciekawe, dopiero teraz sprawdziłem kto wyreżyserował ten obraz i byłem wielce zdziwiony, że to ta sama osoba, która odpowiada za klasyczną już „Walkę o ogień” i całkiem niezłego „Wroga u bram”. Reżyser wydał w 1986 roku na świat dzieło, jakiego nie można znienawidzić. Ba, 86 rocznik, to całkiem doby rocznik. Paulina jest tego całkiem dobrym przykładem. „Imię Róży” opowiada historię jaka wydarzyła się w 1327 roku, kiedy to po śmierci zakonnika, w benedyktyńskim klasztorze wybucha panika. Strach pada na serca innych mnichów, ponieważ każdy znak można interpretować jako nadchodzącą apokalipsę (ach te zabobony). W mury klasztoru zostaje zaproszony Franciszkanin – William z Baskerville (Connery), któremu towarzyszy młody adept – Adso (Slater). Dzięki swojej wiedzy oraz otwartemu umysłowi ma on rozwiązać zagadkę tajemniczej śmierci. W książce Eco nie bał się oceniać „jednej prawdziwej religii”. Podobnie jest w filmie. Widzimy wypchaną po brzegi kabzę kościoła, a dokładniej jego watykańskiej części. Ale i prowincja ma się nie najgorzej. Kler siedzi w murach klasztoru, zajadając się dobrami zebranymi od plebsu. Zaś biedota waruje pod bramą, przez którą wyrzuca się odpadki, aby złapać choć kąsek z tego, co zżarły świnie w habitach, mieszkające wewnątrz murów. Reżyser nie trudził się, aby zaangażować ładnych aktorów. Jedyne „ładne” postacie to William oraz Adso. Reszta to zakazane średniowieczne mordy. Ten naturalizm wręcz wypływa z ekranu. Świnia zarzynana jest na naszych oczach, a młoda wieśniaczka będzie oddawać swoje wdzięki za „serce wołu”. Wszystko tutaj jest brzydkie, jak i epoka, w której dzieje się cała historia. Fantastycznie poprowadzona „sensacyjna” cześć opowieści pokazuje zdolności logicznego i analitycznego myślenia jakie posiada William. Tajemnica, jaka skrywają mury, jest bowiem większa niż by się wydawało, a jej rozwiązanie może zaprowadzić kilka osób przed trybunał Świętej Inkwizycji.

No jestem niezły, bo napisałem mało o filmie, niewiele o książce, ale udało mi się zarysować fabułę.

„Imię Róży” jest rewelacyjne. Dla mnie film broni się pomimo wielu lat, jakie minęły od jego premiery. Zarzuca się, iż jest to specjalnie „wydumana” historia, mająca podburzyć ludzi przeciwko kościołowi katolickiemu. Kilku oszołomów na forach zarzuca panu Eco, że jest laikiem w dziedzinie średniowiecza i kościoła, podpierając się innymi „znanymi” naukowcami i ich dziełami. Nie mi jest dane wnikać gdzie leży prawda. Ja wiem jedno. Dostałem fenomenalny obraz, do którego wracam raz na jakiś czas i polecam go każdemu, kto lubi mroczne, klimatyczne kino.

ONA:

„Imię róży” to jedno z najpiękniejszych dzieł, jakie zostały stworzone przez człowieka dla człowieka…

Nie wiem co napisze Dawid, ale ja nie mam zamiaru wchodzić za bardzo w fabułę. Jest ona rewelacyjna, mroczna, momentami przerażająca i ciężka – ciężka jak cholera. Jest niewiele książek, poza rodzimymi knichami, które obrzydły mi skutecznie na lekcjach języka polskiego w liceum (profil prawie humanistyczny, więc tonęłam w naszych epopejo-podobnych historiach), których nie przeczytałam do końca. Jak już tak się działo, to po jakimś czasie skruszona wracałam i jakoś kończyłam. Niestety, w przypadku powieści Umberto Eco było ciężko. Chociaż i tak mogę być z siebie dumna, bo w ogóle zaczynałam. Z jednej strony książka mnie bardzo pochłaniała, z drugiej męczyła. Ona jest napisana ciężko, bo i język, i sama historia nie należą do lekkostrawnych. Na szczęście powstała ekranizacja filmowa i wszystkie tajemnice zostały wyjaśnione.

Moje pierwsze zetknięcie z tym filmem było dla mnie prawie mistyczne. W ramach ukulturalniania narodu polskiego, TVP od czasu do czasu puszcza perełkę w tragicznych godzinach, zwykle pod sam koniec ramówki, ale jest! Jak ktoś nie lubi siedzieć do 3 rano, może sobie nagrać. Och, wierzcie mi, to był cały plan. W programie telewizyjnym, wiecie – takim papierowym, znalazłam film. Start jakoś grubo po północy, finisz wraz ze wschodem słońca. Oczywiście nie było mowy o tym, żebym mogła go obejrzeć, bo rano szkoła, poza tym to chyba nie był dobry film dla małolaty. Pfff. Też mi coś. Podłożyłam pod drzwi zwinięty koc, żeby przez szparę nie było widać światła. Założyłam słuchawki na uszy i siadłam przed moim 14’’ telewizorku, który dostałam z okazji I Komunii Św. Jakby ktoś oglądał tą sytuację, to pierwsze, z czym mógłby to skojarzyć, to pamiętna scena z pierwszej części „Poltergeist”. Co prawda ja była nieco starsza, no i zdecydowanie blondu na głowie nie miałam nigdy, to tak to mniej więcej wyglądało. Siedziałam zahipnotyzowana totalnie przed szklanym ekranem. A to co zobaczyłam zszokowało mnie, zauroczyło, przeraziło i wciągnęło jednocześnie. Bo takie właśnie jest „Imię róży”.

Ten film – bo wybaczcie, skupię się na ekranizacji, jest kwintesencją tego, co w kinematografii najlepsze. On dotyka bardzo ważnych spraw, miesza sacrum i profanum, pozbawia wątpliwości. Gloryfikuje to co zwykłe, obdziera ze świętości to, co ma być ponad wszystkim i wszystkimi. Mamy tu ogrom wątków i motywów. Jest mistrz i uczeń – w tych rolach genialny Sean Connery i młodziutki (i uroczy) Christian Slater. Wilhelm, starszy z franciszkanów, to zupełne przeciwieństwo typowego mnicha, bowiem on w sposób niebywały posługuje się indukcją. Bada sprawę od drobnych i prawie niezauważalnych szczegółów, aż w końcu stawia hipotezę. On analizuje, rozumuje, jest totalnym racjonalistą. W oczach młodego Adso jest mistrzem, którego uczeń chłonie każde jego słowo. Wilhelm przekazuje mu swoją wiedzę nie tylko totalnie teoretyczną. On pokazuje mu jak żyć w zgodzie ze sobą, z wyższymi ideałami i totalnie przyziemnym losem. Idźmy dalej – wątek kryminalny, bo przecież de facto właśnie o to chodzi. Trup za trupem, kilka poszlak, kilka typów. Dusza krzyczy „Kara boska!”, szkiełko widzi dowody. Bo tam gdzie najczęściej pojawia się to rzekome zło, w postaci stworka z rogami, od którego wali siarą, który ponoć mąci, dręczy, kusi i sprowadza na złą drogę, tam zwykle zamiast naszego wyobrażenia, znajdujemy człowieka. Z krwi i kości. Wilhelm perfekcyjnie, z idealną dokładnością tropi mordercę. Zachwyca tym nie tylko młodego ucznia, zakonników, ale i nas – widzów.

Gdzieś pomiędzy główny wątek wepchnięte zostały dodatkowe treści, bardzo ważne z perspektywy tamtych czasów, które aktualne są nadal. Kwestie teologiczne poruszone były pod wieloma aspektami. Rozmowa Wilhelma o śmiechu jest wywodem, który do dziś ma niezwykle ważne znaczenie. Podobnie, gdy weźmiemy pod uwagę kwestię ubóstwa zakonników i ich wpływów. Oczywiście, pojawiają się tu też momenty typowo polityczne, właściwie historyczno-polityczne, bo tło, na którym dzieją się wydarzenia we włoskim opactwie benedyktynów, rozgrywało się faktycznie (konflikty cesarsko-papieskie, inkwizycje itp.). No i ostatni wątek – elektryzująco interesujący. W tym dziele jest seks! I to jaki! To nie jest nowość, że nawet w miejscach „świętych” istnieją żądze i popędy. Jesteśmy tylko ludźmi i żadne z nas nie jest krystalicznie dobre, nawet ci, którzy kroczą drogą duchowną. Ale nie mam zamiaru wchodzić w tego typu dyskusje. Babranie się takimi sprawami mi uwłacza. A „Imię róży” boleśnie obnaża tą pseudo-świętość. Instynkty i żądze ludzkie czasami dochodzą do wspólnego punktu. Ona, brudna, głodna, ale młoda, on – brzuchaty, obleśny i napalony. On jej da żarcie, ona mu dupę. Popyt i podaż. I gdzieś po drodze przemyka nam młody Adso, który jeszcze nie wie co to życie. Scena seksualna, bo nie nazwę jej erotyczną, pomiędzy nim a czarnowłosą dziewczyną zmiażdżyła mi głowę. Nie, nie samo zbliżenie, ale to, że była to totalna ŻĄDZA. Jednocześnie było to niewinne, delikatne, przestraszone i zupełnie dziewicze, z drugiej złe, karygodne, dzikie. Dla mnie to jedna z lepiej pokazanych scen uwodzenia i samego współżycia, którą kiedykolwiek nagrano (pomijając oczywiście produkcje z panną Grey, czy z włochatym chodnikiem Emmanuelle).

To nie jest łatwy film. To obraz ekstremalnie naturalistyczny, momentami ohydny i odrażający, w którym jest wszystko to, do czego zdolny jest człowiek. Dla mnie to klasyk, do którego wracam co jakiś czas, który nie znudzi mi się chyba nigdy, bo za każdym razem zwracam uwagę na coś innego. To dodatkowo dzieło, w którym nie ma słabych punktów. Jest genialnie zagrany, z kapitalną oprawą muzyczną, ze zdjęciami, które zachwycają bezwzględnie swoją surowością. No i historia, która dotyka tylu sfer, jak mało która.