ONA:

Był taki moment, że cały mój wall na facebook’u wypełniony był obsikanymi koleżankami, które dopadły książki o Anie i Grey’u. Owszem, przeczytałam całą trylogię. Ta pierwsza część była nawet zjadliwa, ale nie wpadłam w jakąś obsesję. Szał trochę przycichł, ale nieubłaganie zbliżała się premiera ekranizacji powieści i znowu – jakbyśmy miały po 13 lat i w naszej miejscowości zagraliby chłopcy z Backstreet Boys. Im bliżej pojawienia się filmu w kinach, tym większa była paranoja. Z jednej strony fanki, które najpierw zaczytywały się w przygodach Harry’ego Pottera, potem ukochały sobie wampiry i wilkołaki, by teraz, kiedy są już dorosłe, rozsmakować się w bogatym, przystojnym, wpływowym facecie, który lubi ostre rżnięcie, bo przecież nazwanie tego samym „seksem” to zbyt mało. Z kolei z drugiej strony, w opozycji do skiślonych babeczek, byli ci, którzy jeszcze przed zobaczeniem filmu wydali werdykt, że będzie beznadziejny, że aktorzy słabi, bez chemii, a seksu nie ma tu zbyt spektakularnego. Tak naprawdę jedynym, najbardziej usatysfakcjonowanym elementem ludzkości byli producenci, handlowcy i wszyscy ci, którzy w tym filmowym wydarzeniu odkryli pomysł na zbicie fortuny. Wybranie Walentynek – chyba najbardziej komercyjnego „święta”, jakie kiedykolwiek powstało, na premierę, było wystarczającym dowodem na to, po co ten film powstał.

Czy naprawdę ma to sens, żebym i ja pisała o fabule? No niech będzie. Ana (Dakota Johnson) to kończąca studia, nieśmiała dziewczyna, która sama jeszcze nie wie czego chce. Wyręczając koleżankę w jej obowiązkach, poznaje Christiana Grey’a (Jamie Dornan), 27-letniego milionera. Przypadkowe spotkanie okazało się podwalinami do czegoś całkiem konkretnego. Iskrzy cholernie, ale przecież to dwa zupełnie różne światy. Po różnych dziwnych momentach zaczynają się spotykać. I wtedy on informuje ją, że jego gust i preferencje są dość specyficzne. Pan Grey jest Panem nie bez powodu… Zaczyna się seksualna przygoda, w której dzieje się wiele.

Teraz czas na rachunek sumienia. Żeby przygotować się odpowiednio do tego filmu, przez cały tydzień oglądaliśmy klasyczne erotyki, które powstały w ciągu ostatnich kilku dziesięcioleci. Podstawy były. Ja do tego nigdy nie widziałam „takiego” filmu w kinie i koniecznie chciałam sprawdzić, czy faktycznie duży ekran, ciemna sala itp. „wpłyną” jakoś na mnie. I wiecie co Wam powiem? Pod względem filmowym „50 twarzy Grey’a” to film całkiem dobry. To, że fabuła jest miałka, to jedno – „Zmierzch” też niczego nie urywał. Ale on jest bardzo ładnie zrealizowany. Jest tu wiele ujęć, w których można się naprawdę zakochać. Widać tu kobiecą rękę, która reżyserowała tę produkcję. Jest uwaga na detalach, jest subtelność, intymność, dziewczęcość, ale jest też ten wyidealizowany świat pana Grey’a, o którym marzy wiele kobiet. No bo ustalmy coś: przystojny, bogaty, wpływowy i dobrze bzykający facet, a nie jakaś tam ciota, pokryta brokatem. Zatem: wizualnie – bardzo fajnie.

Aktorsko? No tu gorzej. Nie byłam przekonana do D. Johnson, chociaż po seansie muszę zmienić zdanie. Ona jest taka pokraczna, jak była „papierowa” Ana. Ma wzrok smutnego spaniela z katarem, ale jest w tym urocza. Ma świetne ciało, którym dość intensywnie manewruje na ekranie, ale dobrze się na to patrzy. Niestety, J. Dornan nie dał rady. Jego Grey nie jest charakterny. Trzecim, dość istotnym „bohaterem” filmu, jest seks. Po prostu. W książce było go sporo, w filmie – tak sobie. Ale nadal twierdzę, że sceny erotyczne były przede wszystkim ładne i dość „naturalne”. W ramach ero-tygodnia obejrzeliśmy film „Crash” (o którym napiszemy niebawem) i tam seks był odpychający. Tu – ludzki. Nawet to, co działo się w Czerwonym Pokoju Bólu. Nie doszukiwałabym się tu jakieś niesamowitej kontrowersji. Ale to naprawdę nie jest tragiczny film. W myśl zasady „Z gówna bata nie ukręcisz” – ekipie filmowej i tak udało się wyciągnąć z tej powieści wszystko to, co najlepsze.

A, jeśli macie ochotę poczytać jakimi filmami przygotowaliśmy się mentalnie do „50 shadows of Grey” to zapraszamy. Ten tydzień będzie mocno erotyczny!

ON:

W ramach perwersyjnej wymiany uprzejmości z moją ukochaną, wybrałem się na kinowy seans „Pięćdziesięciu twarzy Grey’a”. Postanowiliśmy zrobić sobie wzajemnie mentalnego loda i każde z nas zgodziło się na seans filmu, wybranego przez drugą połowę. Idąc do kina zastanawiałem się ile par lub ile samotnych babeczek marzących o księciu sado-maso, będzie śliniło się na kinową tapicerkę. Możliwe, że wczesna godzina wystraszyła tych, którzy wstyd chcieli ukryć pod płaszczem nocy. Wiadomo: sex to temat tabu, rączki zawsze trzeba trzymać na kołderce, a kochamy się tylko na misjonarza. Całe szczęście, gdy opuszczaliśmy kinową salę przed wejściem stała już druga tura zboczeńców i dewiantów, która, podobnie jak i pierwsza, śliniła się na samą myśl o brutalnych igraszkach.

Przygody Grey’a i jego nałożnicy w całości przeczytała Paulina i to z jej relacji znam pewne wątki, i wiem, co będzie działo się w kolejnych częściach, bo na pewno takowe się pojawią. Ja ocenię film z punktu widzenia zazdrosnego, stukilogramowego wikinga, któremu daleko do tego boskiego Adonisa zwanego Panem Grey’em. Dlaczego należy zazdrościć temu facetowi? Ponieważ to ten typ mężczyzny, do którego chcemy aspirować, ale osiągnięcie sukcesu na jego poziomie jest raczej nierealne. To cudowne dziecko, które z objęć matki prostytutki wpada wprost w wielki świat pełen luksusu, przepychu oraz zabaw w dominację. Każdy z nas, mężczyzn, chce czasem przełożyć przez kolano swoją piękniejszą połowę, wytrzaskać ją po tyłku do granic możliwości, a później męczyć w łóżku tak długo, aż zacznie błagać abyśmy przestali. Grey może mieć to na co dzień.

W tym punkcie dochodzimy do sedna. Sex naszych dziadków, a czasem i rodziców odpłynął w zapomnienie. Sex ewoluuje, ludzie kupują zabawki, testują je z różnymi z pozycjami i miejscami, kobiety stały się bardziej wyzwolone od facetów i to my mężczyźni potrafimy być pruderyjni, czasem wręcz zdziadziali. Dlaczego książka odniosła sukces? Bo każda dziewczyna chce spotkać księcia z bajki. Faceta przystojnego, wykształconego, kulturalnego, pełnego zalet, przy którym nie musi się obawiać o swoją przyszłość. Czytając powieść pani James dziewczyny wzdychają. Z jednej strony dostają to wszystko, czego szukały, zaś z drugiej – ich książę okazuje się draniem, ale draniem seksualnym, takim, który może dać rozkosz. Dlaczego wzdychają? Bo gdy one czytają powieść wraz z nimi w łóżku śpi ich facet, często podstarzały jegomość z brzuszkiem, który właśnie popierduje z cicha, przy okazji głośno chrapiąc. Umarł romantyzm, gdzieś zniknął pieprz, a do ostrej miłosnej potrawy ktoś dołożył łyżkę dziegciu.

Wychodząc z kina pojawia się pewien niedosyt. Gdzie ten cały seks opisywany na kartach książki? Gdzie zboczenia i fantazje, gdzie perwersja? Wydaje mi się, że reżyserka Sam Taylor-Johnson wygładziła to, co w książce przechodziło bez problemu. Nie oznacza to jednak, że sam film nie zawiera w sobie erotyki. Wręcz przeciwnie, nagości oraz scen seksu jest tutaj kilkanaście. Każda jest niesamowicie napełniona emocjami, ale to zasługa diabelnie seksownej i ponętnej Dakoty Johnson, która wije się i wzdycha na każde zawołanie Pana Grey’a. Kamera przemyca kawałki skóry, piersi kobiety, jej pośladki i porośnięte ciemnymi kłaczkami łono – wszystko wysublimowane i bardzo dalekie od perwersji. Nawet pierwsze zabawy z klamrami i pejczami przypominają raczej miłosną igraszkę, niż ostre, zakazane zabawy. Odpowiadający za zdjęcia Seamus McGarvey nie ułatwia nam oceny tego dzieła, bowiem swoją prace wykonał w sposób perfekcyjnie dobry. Niektóre ujęcia są grzechu warte. Grający na fortepianie w ciemnym pokoju Grey na tle panoramy nocnego miasta wygląda niesamowicie, dochodząca do niego Anastasia, porusza się z gracją łabędzia, a owinięte wokół jej ciała prześcieradło, przypomina zniszczone skrzydła niewinnego anioła, który właśnie oddał swoją niewinność za chwilę uniesienia w uściskach diabła, zaszytego w skórze Christiana. To właśnie plastyka filmu, a dokładniej wielu scen, pozwala nam się nie nudzić. Gdyby nie reżyseria i zdjęcia – całość byłaby kolejnym dziełkiem o dziwnej miłości, która prędzej czy później może się zakończyć. Całe szczęście zadbano o drobiazgi i pomimo drobnych wpadek, „Pięćdziesiąt twarzy Greya” może się podobać. Może sprawiać, że kobiety będą wzdychać, a faceci lekko zazdrościć. Bo który z nas nie chciałby posiąść 24 letniej dziewicy, którą później może jeszcze naginać do swoich seksualnych zachcianek?

Książa, jak i film, na pewno nie wpłyną drastycznie na zapotrzebowanie zabawek z kategorii sado-maso, ale mogą mieć wpływ na to, że wiele łóżek zapłonie po raz kolejny. Tylko pozostaje zadać sobie pytanie: czy tym paliwem, wzniecającym ten dziki płomień namiętności, musi być popkultura? Czasami po prostu wystarczy porzucić rutynę.