ONA:
Czasami oglądam dany film tylko po to, by utrzymać się w przekonaniu, że wybory, których dokonałam jakiś czas temu, są dobre. Nie wchodząc w zbędne szczegóły – tak właśnie było w przypadku „Pokolenia P”, w którym zagrała Christina Ricci, a partnerował jej (niestety) Jason Biggs.
Elizabeth Wurtzel (Ch. Ricci) to młoda dziewczyna, która właśnie rozpoczęła przygodę pt. „Harvard”. Marzy się jej wielkie pisanie, najlepiej jako krytyk muzyczny. Ma talent, ale ma też ogromne problemy z samą sobą. Rozchwianie emocjonalne podbite ciągłymi wojnami domowymi robią swoje. To bardzo determinuje jej życie i zachowanie, kontakty z bliskimi i przyjaciółmi, z mężczyznami. Dziewczyna jest bardzo zdolna. Jednej jej tekst i z miejsca wylądowała w „Rolling Stones”. Wysoko postawiona poprzeczka. Za wysoko? Pewnie nie, tylko Lizzie nagle dopadła niemoc twórcza. Każdy, kto kiedykolwiek musiał popisać w swoim życiu wie, że to nie jest taka prosta sprawa. Że bębnienie w klawiaturę, kreślenie słów, to wcale nie taka prosta sprawa. Brak weny dopada i nie ma na to lekarstwa. Chociaż Lizzie chyba ma coś innego w tym temacie do powiedzenia. Ona… Ona bardzo lubiła tabletki.
To nie jest film, który spodoba się wszystkim. Mi, z jakiegoś niezrozumiałego powodu – siadł. Jest bardzo surowy i nie ocenia swoją fabułą. To przedstawienie postaci w całym swoim kolorycie. Elizabeth Wurtzel w końcu napisała coś, co stało się podwaliną tego filmu. Jej powieść „Prozac Nation” to swoisty manifest, który bardzo boleśnie rozprawia się z wieloma „zjawiskami” społecznymi. Mówi sporo o tym, jak ważnym elementem szczęścia jest charakter. Odpowiednio ukształtowany, również przez rodzinę i znajomych, może być świetnym startem w dorosłe życie. Gorzej, gdy wsparcia nie było. Wtedy przed szereg wychodzi słabość, obawa, strach przed utratą, zranieniem. Strach, który ma tak wiele oblicz, że nie sposób ich wszystkich wymienić.
Główną bohaterką jest Elizabeth oraz jej problemy z praktycznie każdą sferą życia. Jej depresja, jej uzależnienie, jej beznadziejne wybory, jej oczekiwania, jej strach, ale nie trzeba jakoś wybitnie się wpatrywać w ekran, by zobaczyć, jak bardzo poharatani są też inni bohaterowie.
„Pokolenie P” to ciężkawy dramat, bardzo neurotyczny i nawet momentami wkurzający, ale dobrze, że ktoś zabrał się za ekranizację powieści Wurtzel, bo ona bardzo celnie obnaża wiele problemów. Szczęście i radość, dobro, powodzenie i wiele innych rzeczy determinowanych jest przez ludzi, z którymi żyjemy. Także żyjcie dobrze.
ON:
Dziś, na koniec tygodnia, a może już na początek nowego, będzie o małej pigułce szczęścia – prozacu. Tabletce, która pomaga współczesnym ludziom poradzić sobie z różnorakimi problemami.
„Pokolenie P” jest filmem opowiadającym historię, bazującą na faktach. Skupia się na życiu Elizabeth Wurtzel – młodej, pełnej energii dziewczynie, która właśnie wybywa na Harvard. Jej stosunki z matką są dziwne, ojca nie widziała od czterech lat, a ona sama ma swoje małe problemy i stara się z nimi walczyć. Elizabeth jest dobrą pisarką, jej teksty szybko zostają zauważone, co owocuje propozycją pisania dla „The Rolling Stone”. To naprawdę ogromne wyróżnienie. Dziewczyna tak bardzo się nakręca, że zapomina o całym świecie. Innym problemem jest jej otoczenie. Banda dzieciaków, studiująca na tej uczelni, lubi się zabawić. Elizabeth szybko łapie bakcyla i także faszeruje się prochami w ogromnych ilościach. Pierwszy, drugi, trzeci raz – wszystko wydaje się takie piękne, ale w pewnym momencie okazuje się, że coś poszło za daleko. Upadek wschodzącej gwiazdy jest szybki i dość głośny. Znajomi się od niej odwracają, matka ma wielkie pretensje, ojciec, który wreszcie się pokazał, chce zwalić całą winę za obecną sytuację na nią. Koniec końców dziewczyna ląduje na kozetce u pani psycholog. Tam dostaje swoja porcję dobrych rad, a także recepty na maleńkie tabletki szczęścia. To takie chemiczne różowe okulary, mające pomóc Ci poradzić sobie z całym gównem tego świata.
Elizabeth Wurtzel napisała książkę, która okazała się hitem. Jej autobiografia pokazuje jak bardzo ciężki może być świat dla osoby z depresją, zaburzeniami zachowań i innymi dolegliwościami, które leczy się pilsami.
Christina Ricci stara się być przekonująca w roli Elizabeth i czasami jej się to udaje. Nie do końca jednak wiemy, co tak naprawdę jest powodem jej „choroby”, czy jej nie do końca normalna matka, czy jej ojciec mający wszystko w czterech literach, a może uczelnia i ogromne wymagania?
Osobiście film mi nie podszedł. To dość przeciętna opowieść, która nie wywarła na mnie wrażenia. Gdyby nie nazwisko znanej pisarki, to pewnie nikt by się tym zupełnie nie przeją. Ja zaś nie miałem dziś dnia na tego typu kino. Po prostu nie było nam po drodze. Teraz lecę pod prysznic i do poduszki biorę „Terror” Simmonsa, bowiem odrobina grozy przed snem może być stymulująca.
