Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY KSIĄŻKI

Lolita

ONA:

„Lolito, światłości mojego życia, ogniu moich lędźwi. Grzechu mój, moja duszo”…

Po raz pierwszy najsłynniejsza powieść Nabokova wpadła mi w ręce zdecydowanie za wcześnie, niż powinna. I wiele zmieniła. Nie wydaje mi się, żeby mi popsuła głowę, zważywszy, że czytałam ją gdzieś w połowie gimnazjum, niemniej – moim nastoletnim podopiecznym bym jej nie polecała. Niech poczekają. Mogą, bo ani powieść, ani film, mimo upływu lat, nie starzeją się zupełnie.

Nie chcę rozdzielać tej recenzji na część książkową i filmową, bo obie uwielbiam, zachwycam się nimi w takim samym stopniu i wracam do nich często. Wczoraj wzięło mnie na ekranizację i razem z nią spędziłam bardzo spokojny, sensualny wieczór.

Adrian Lyne nie ma zbyt popularnego w branży nazwiska. Może dlatego, że nie tworzył filmów zbyt często, może temu, że trochę odszedł w niepamięć. Ale wśród jego produkcji mam aż cztery (a to prawie połowa z wszystkich wyreżyserowanych przez niego), które bardzo lubię i cenię. Najwcześniej powstał „Flashdance” z genialną muzyką i choreografią. Po jakimś czasie na ekrany kin wszedł „9 i 1/2 tygodnia”, w którym diabelsko dobrze zagrał jeszcze przystojny Mickey Rourke. „Fatalne zauroczenie” i „Niemoralna propozycja” to dla mnie ponadczasowe klasyki i zawsze, gdy POLSAT lub inny TVN je emituje – oglądam z takim samym zaangażowaniem. Ostatnią produkcją Lyne’a, którą bardzo cenię, jest właśnie „Lolita”, z rewelacyjnym Jeremy’m Ironsem, jeszcze jędrną Melanie Griffith i praktycznie debiutującą (bo to był jej drugi film) Dominique Swain w roli tytułowej. Wszystko opatrzone jest świetnymi zdjęciami, wciągającą muzyką i bez wątpienia można powiedzieć, że film jest zacną ekranizacją powieści.

Profesor Humbert jest naszym narratorem. Subtelnie prowadzi nas przez całą historię. Wspomina swoją pierwszą miłość, która na zawsze zmieniła jego postrzeganie kobiet. Annabel. Synonim pokus i niewinności, niezapomniane uczucie, które boleśnie przerwała śmierć. Ranę wypełniała trucizna, która nie pozwalała się jej zagoić. Mały chłopiec urósł, ale nigdy nie dojrzał. Został wykładowcą, który przypadkiem trafił do domu Charlotte Haze, głośnej i niezbyt ogarniętej kobiety. I gdy profesor już prawie zwiał z jej pensjonatu, w ogrodzie objawiła mu się mała Lo, od której nie umiał i przede wszystkim nie chciał oderwać wzroku. Został. Lolita – nimfetka, która coraz bardziej świadoma była swojej mocy. Dorosły mężczyzna płonął, stapiał się, gdy ona niewinnie musnęła go palcem. Jeszcze dziewczynka, ale już coraz bardziej młoda kobieta. Niebezpiecznie odważna i urocza. Wredna, opryskliwa, ze swoim zdaniem, a przy tym naiwna (choć to tylko pozór), słodka, dziecinna. Humbert żywił się samym patrzeniem na nią i oczekiwaniem na kolejne subtelne dotknięcie. Marzył, by cały świat się skończył, by poumierali wszyscy ludzie wokoło, a on trzymałby Lolitę w swych ramionach. Żeby oczywiście totalnie zagmatwać całą historię, duża Haze coraz bardziej rozpływa się w zachwytach nad pisarzem. Atmosfera się zagęszcza. Charlotte jeszcze nie była świadoma tego co dzieje się pomiędzy obiektem jej westchnień, a jej córką. Ba, wysyła małą na obóz, a po nim od razu Lo ma jechać do szkoły z internatem. I kiedy odwozi córkę na miejsce, Humbert otrzymuje od niej list, w którym wyznaje mu miłość. Dwa tygodnie później są już małżeństwem. Ale nie było to małżeństwo z obustronnym zaangażowaniem i miłością. Pisarz farmakologicznie powstrzymywał chuci żony, faszerując ją tabletkami nasennymi, które byłyby w stanie powalić krowę. Jakoś mu się udaje. Małżeńska sielanka trwa, ale kończy się z hukiem. Charlotte odkryła pamiętniki męża, w których to opisywał nie tylko ją, jej obrzydliwość i naiwność, ale zagłębiał się w uczuciu, którym obdarzył swoją pasierbicę. Kobieta jest zdruzgotana, wściekła, przekreśla zgrabnie całą małżeńską przyszłość i… ginie pod kołami samochodu. On nawet nie zdążył wcisnąć jej jakieś zgrabnej ściemy. I w jednej chwili uwolnił się od problemu. Śmierć żony spadła mu jak z nieba. Szybko spakował manatki i pojechał po swoją ukochaną dziewczynkę. Zatrzymują się w przydrożnym hotelu, gdzie w końcu doczekał się spełnienia, ale tam też poznają tajemniczego jegomościa, który wkrótce dołączy do całej wycieczki, ale nie będzie to chciany towarzysz. Humbert wraz z Lolitą podróżują po całych Stanach. Ona coraz bardziej owija go sobie wokół palca, a on – zatraca w obsesyjnej miłości i pożądaniu. Był szczęśliwy, mimo, że tracił grunt pod nogami. Chwile spędzone z Lo były dla niego rajem, który paradoksalnie palił go piekielnym ogniem. Kłopoty są wręcz na wyciągnięcie ręki.

Pomijając kwestie totalnie moralne, Humbert był postacią ekstremalnie tragiczną. Zaślepiony własną rządzą i potrzebami zapomniał o całym świecie. Był jednocześnie deprawatorem małej dziewczynki i czułym opiekunem, który plótł warkocze, sprawdzał lekcje. A Lolita? A ona go dymała, zwodziła i uwodziła. Nie był w stanie oprzeć się jej pod żadnym względem. Do perfekcji opanowała swoją moc. Dodajmy do tego jeszcze Charlotte, która przegrała w jednej chwili wszystko i tajemniczego jegomościa z hotelu, Quilty’ego. Ten to dopiero gagatek. Ale klamrą, która spinała wszystko w całość była właśnie Lolita.

Genialne dzieło, które zostało z powodzeniem zekranizowane. Subtelne, sensualne, eteryczne, wypełnione detalami, zbliżeniami. Rewelacyjne i ponadczasowe.

ON:

Lolito, światłości mojego życia, ogniu moich lędźwi. Grzechu mój, moja duszo. Lo-li-to: koniuszek języka robi trzy kroki po podniebieniu, przy trzecim stuka w zęby. Lo. Li. To. Na imię miała Lo, po prostu Lo, z samego rana, i metr czterdzieści siedem w jednej skarpetce. W spodniach była Lolą. W szkole – Dolly. W rubrykach Dolores. Lecz w mich ramionach zawsze była Lolitą.”

Powieść Nabokova jest jednym z dzieł, które przeczytałem na potrzeby pewnego referatu do szkoły. Na liście znalazła się „Lolita”, „Zbrodnia i kara”, „Mistrz i Małgorzata” oraz opowiadania Czechowa. Tematem przewodnim pracy były rozterki psychiczne bohaterów w literaturze wschodniej, szczególnie rosyjskiej. Wtedy, gdy połykałem kolejne karty powyższych powieści, zadawałem sobie wiele pytań na temat na temat ludzkiej natury, tego co siedzi w naszych głowach. Co z tego, że było tak wiele, jeśli na współczesna nauka do dziś nie potrafi znaleźć odpowiedzi na kilka z nich. Podczas lektury „Lolity” zastanawiałem się gdzie znajduje się granica pomiędzy miłością, a dewiacją i zboczeniem? W różnych kulturach leży ona w innym miejscu. Dla przeciętnego odbiorcy wiadomość o małżeństwach pomiędzy małymi dziewczynkami a dorosłymi mężczyznami, jakie zdarzają się we wschodnich grupach etnicznych, są szokujące, ale tam to chleb powszedni. Z drugiej strony, w naszych cywilizowanych krajach także mamy do czynienia z patologią. Dziś powieść Nabokova uważana jest za arcydzieło, ale musiało minąć kilka dobrych lat od jej premiery, abyśmy odbierali ją w inny, mniej szokujący sposób. Pojawiły się dwie znaczące ekranizacje tego tytułu. Jedna wyreżyserowana przez Kubricka, a druga przez Adriana Lyne. Właśnie o tej ostatniej chcę napisać kilka słów. Uważam, iż jest to dzieło kompletne i fantastyczne oddające klimat i nastrój książki. Humbert, grany przez Jeremy’ego Ironsa, jest lustrzanym odbiciem postaci z kart powieści. Z jednej strony to starający się być dżentelmenem mężczyzna, z drugiej groteskowy i ironiczny, przepełniony moralnym trądem człowiek. Jego uczucie do Lo to jednocześnie zwierzęca chuć i chora, ale szczera miłość. Jego osobowość jest tak zniszczona tym, co czuje do nimfetki, że nie zawaha się do użycia przemocy, czy to fizycznej, czy psychicznej, aby tylko dostać to, na czym mu zależy. Ten film jednak nie zaistniałby bez fenomenalnej Dominique Swain, grającej Lolitę. Ta, mająca w chwili premiery 17 lat, dziewczyna wykiełznała z siebie wszystko co najbardziej dziewczęce i kobiece zarazem. Lo potrafi obwinąć sobie Humberta wokół małego palca, co świetnie ukazuje scena kiedy targuje się z nim o podwyższenie kieszonkowego. Dwie postacie, które mieszkają w jej małym, młodym ciele, są zgubne do ich dwójki. Wyniszczają bowiem i ją i jej ojca/kochanka/opiekuna. Lolita jest druzgocząco tragiczna, a końcowe sceny są przykładem, jak wielkim, obsesyjnym uczuciem Humbert darzył swoją małą dziewczynkę. Uczuciem pchającym go rzeczy jeszcze bardziej zakazanych, niż miłość do nieletniej.

Film, jak i książka, są wyjątkowe. Dla jednych to historia pedofila przyprawiająca ich o mdłości, dla innych to studium i przestroga przed pewnymi zachowaniami, o których nawet nie mamy pojęcia. Jeszcze inni rozłożą psychikę Huberta na czynniki pierwsze i stanie się on podręcznikowym przykładem dla psychologów i psychiatrów. Jak Wy odbierzecie to dzieło, zależy tylko od Was.