ON:
W wyreżyserowanym przez Jonathana Glazera „Under the skin” będzie nam dane przemierzyć kawałek Szkocji. Jak duży nikt nie jest wstanie nam powiedzieć. Podróż, którą nam zaserwowano, jest swoistą drogą do wnętrza czegoś, co nie do końca jest nam dane zrozumieć. Towarzyszy nam w niej niejaka Laura, która jak modliszka „zjada” swoich kochanków.
Glazer najbardziej znany jest z teledysków do utworów takich grup jak Radiohead, czy Jamiroquai. Jego dorobek, jako reżysera obrazów pełnometrażowych jest znikomy i nie budzi u mnie zbytnich emocji. Jednakże jego najnowsze dzieło „Under the skin” podzieli widzów na dwa obozy. Jeden z nich będzie budował cielca z gliny i oddawał mu hołdu twierdząc, że twór reżysera to niezrównana etiuda filmowa, która na wiele lat zostanie w pamięci oglądającego, w drugim – chwalić będą to, że droga przez mękę trwa jedynie 107 minut.
Ciężko jest zaklasyfikować ten obraz, bowiem nie do końca wiemy z czym tak naprawdę mamy do czynienia. Z jednej strony to kino drogi, można powiedzieć, że międzygalaktycznej, bo zamieszkująca ciało Laury mieszkanka nie pochodzi ze znanego nam świata, z drugiej strony – to thriller sci-fi i dramat w jednym.
Rzecz się dzieje na ulicach i bezdrożach surowo pokazanej Szkocji. Piękna Laura, kierując furgonetką przemierza drogi w poszukiwaniu swoich ofiar, przypadkowych mężczyzn, którzy wsiądą lub nie do jej pojazdu. Gdy wejdą do środka nie będzie już dla nich zbawienia. Natura drapieżnika, jaką posiada ta kobieta, pozwala szybko i sprawnie zacisnąć pętlę na szyi ofiary. Jak zahipnotyzowani mężczyźni odpowiadają na każde jej pytanie, by później wejść za nią w bezkresną czerń. Za drzwiami jej domostwa, świat staje się czarną dziurą, a ona sama bezwzględnym potworem, który ma tylko jeden cel. Zdobyć pożywienie. Film Glazera to historia niedopowiedzeń i emocji, które obserwowane są oczami stworzenia, które nie wyszło spod boskiej ręki. Dość szybko okazuje się, że niewiedza stanie się początkiem końca. Wyzucie z człowieczeństwa, które idealnie widać podczas sceny na plaży, przybliża nas do nieuniknionych kolejnych, poklejonych scen, a co za tym idzie – do końca tej opowieści.
Glazer chce czarować połączeniem obrazu, dźwięku i gry aktorskiej. Wszystkie te trzy elementy są w wysublimowany sposób porcjowane tylko, że po pierwszym „uwiedzeniu”, po pierwszej ofierze Laury – dzieło to nie ma nic więcej do przekazania. Uchyla rąbka tajemnicy podczas sceny, w której dwóch nagich mężczyzn unosi się w przeźroczystej mazi pod czarną taflą podłogi. Gdy historia powtórzy się po raz kolejny i kolejny dochodzimy do tego, że nie ma już nic więcej do opowiedzenia, a ostatnie sceny przyniosą raczej ulgę niż pozostawią w głowie materiał do przemyśleń.
„Under the skin” wpadło w pułapkę własnego zdziwaczenia, jest tak proste, że aż przekombinowane, a co za tym idzie – jest po prostu męczące. Niestety, nie doszukałem się w nim czegoś więcej. Mam nadzieję, że może uda mi się to odnaleźć w książce Fabera Michela, na podstawie, której Glazer stworzył tenże dziwaczny, zimny obraz. To kino dla wyrafinowanego widza.
