ONA:

Uwielbiam filmy. Uwielbiam całą branżę związaną z przenoszeniem wizji do świata realnego, kiedyś za pomocą klisz, dziś – bardziej cyfrowo. Cała branża filmowa kręci mnie niemożliwie. Kocham muzykę filmową, uwielbiam plakaty i zdjęcia filmowe, a książki i albumy z tej branży powoli zapełniają moją biblioteczkę. I teraz mam kolejną, która jest zupełnie inna, niż cała reszta.

Maciek Frączyk vel. Niekryty Krytyk jest postacią, którą „przedstawiły” mi moje dzieciaki. Jego poczucie humoru, nieszablonowość i gust, przyznam szczerze i bez cienia zbędnej skromności, są bardzo „moje”. Kupuję to. Pierwsza książka Maćka wpadła mi w ręce i bynajmniej mnie nie zawiodła. Ale gdy zobaczyłam opisy i reklamy drugiej, zaklaskałam wszystkimi możliwymi klaszczącymi organami. „Ale kino!” trafia do mnie jeszcze bardziej. Dlaczego? Bo jest to pozycja kompletna. Ten komikso-album nie dosyć, że jest ściągą z 50 rewelacyjnych pozycji filmowych, obok których nie można przejść obojętnie, to jeszcze forma jest zupełnie inna, niż zwykle. Podstawowym założeniem Maćka było przetransponowanie ważnych scen filmowych, na realia świata typowo dziecięcego. Mamy typowe dziecięce emocje, przezwiska i riposty – komentarze są po prostu świetne. Ekipa z przedszkola Jedi zazdrości tym z ciemnej mocy strojów, mały Alien skaleczył się, a jego „krew” przeżera się przez betonową podłogę, Indiana Jones ma dorysowaną brodę, a Terminator, wyposażony w gnata na wodę, mówi „Elemeledudki”. Scena z „Fight Club”, w której pada pytanie o złamanie zasady kwitowana jest sztampowym „Jesteś u pani!” doprowadziła mnie do rechotu, a kilka stron dalej znalazłam obrazek z „Pasji”, który mnie ZABIŁ! Do tego każdy film opatrzony jest krótką ciekawostką z życia filmu i przyznam szczerze, niektóre z nich to prawdziwe perełki. Wiedzieliście, że Sylvester Stallone próbował wkręcić się do obsady „Ojca chrzestnego?. No, to już wiecie.

Dla fanów filmów i nieszablonowych publikacji „Ale kino!” jest pozycją wręcz obowiązkową. Jest doskonale namalowana przez Roberta Sienickiego i opatrzona tekstami, za które pokochaliśmy Frączyka. Ja jestem totalnie na „TAK!”. Siedzieliśmy w łóżku z Dejwem i Bowie i z każdą kolejną stroną książka podobała nam się coraz bardziej. I mieliśmy mega fun w zgadywaniu „Co to za film?”

Fajnie by było, gdyby poszczególne sceny można kupić w formie plakatu. Dziecięcy „Pulp Fiction” znalazłby miejsce w marudnej sypialni.

ON:

Maciej Frączyk znany z YouTube jako Niekryty Krytyk jest barwną postacią, która wygryzła sobie duży kawałek vlogowego tortu. Ponieważ facet się rozwija, to jakiś czas temu wydał książkę pod tytułem „Zezna niekrytego krytyka”. Paulina łyknęła ją praktycznie w jeden wieczór i napisała bardzo pochlebną recenzję. Nie dziwię się, ponieważ Maciej, jak i Marudy mają podobny sposób myślenia i wkurzają nas te same rzeczy.

Kiedy kilka tygodni temu Papi „wylookała” w sieci, że ma się pojawić nowa publikacja, sygnowana nazwiskiem „Niekrytego”, postanowiliśmy przyjrzeć się jej z bliska. Właściwie to nie wiedziałem czego się spodziewać i dopiero w momencie wyciągnięcia książki z koperty zdałem sobie sprawę, że to ładnie wydany, sympatyczny komiks-album. Za stronę graficzną całego przedsięwzięcia odpowiada Robert Sienicki, znany w komiksowej branży między innymi z bardzo dobrego „Scienta Occulta”. Maciej Frączyk zaś powtykał teksty w dymki. „Ale kino!”, bo tak zowie się książeczka, przedstawia 50 kultowych scen filmowych, ale w trochę innym świetle. Bo czy kiedyś ktoś zastanawiał się jak by wyglądał Tyler Durden gdyby miał 7 lat? Co by mówił, jakby się zachowywał? Z jakiej broni strzelałby mały Vincent Vega? Jeśli was to ciekawi, to teraz możecie to sprawdzić. Wszystko dzięki tej książeczce. Komiks jest bardzo dobrze przemyślany. Nie ma bowiem podpowiedzi z jakiego filmu pochodzi kadr, samemu trzeba wytężyć główkę i domyślić się w jakim dziele widzieliśmy scenę. Dodatkową podpowiedzą mogą być teksty w dymkach. Na 50 scenek mieliśmy z Paulą problem z dwiema, co jest chyba całkiem niezłym wynikiem. Przy każdym rysunku znajduje się także mała ciekawostka, dotycząca produkcji, np. kto grał główną rolę, jaki zespół chciał za dużą kasę za użycie piosenki na napisach końcowych i wiele innych. Kilka rysunków jest wręcz epickich i chętnie zobaczyłbym je w formie plakatów albo koszulek. Dla mnie  jednym z faworytów jest „Mechaniczna pomarańcza”.

Za około 30 złotych, bo tyle kosztuje „Ale kino!” dostajemy ładny albumik, który powinien znaleźć się na półce każdego kinomaniaka i wielbiciela komiksów. Jeśli nie macie pomysłu na prezent dla kogoś, kto lubuje się w filmach, to będzie to idealna niespodzianka. Dla mnie miła i sympatyczna ciekawostka, nawet jeśli “oglądniemy” ją tylko raz.

PS. Pamiętajcie “Pani Jadzia kłamie w sprawie św. Mikołaja”.