ON:

John Carpenter w latach 70 i 80-tych miał swoje 5 minut, dzięki którym nazwano go ojcem horroru. Jego sławne „The Thing”, „Książę ciemności” i „W paszczy szaleństwa” otrzymały przydomek „apokaliptycznej trylogii”. Nie oznacza to, że znany jest tylko z horrorów, wiele osób na pewno pamięta „Ucieczkę z Nowego Jorku”, czy też „Wielką drakę w chińskiej dzielnicy”. Niestety, im nowsze filmy, tym jest tylko gorzej. Carpenter zestarzał się, podpadł w demencję i zaczął tworzyć dziwne, słabe gnioty, które z jego wybitnymi dziełami niewiele mają wspólnego. Ale na całe szczęście ostatnio mieliśmy okazję przypomnieć sobie jego klasyczną filmową opowieść o formie życia z kosmosu, czyli „The Thing”.

Po lodowej gładzi Antarktydy biegnie pies, a jego zachowanie jest co najmniej dziwne, przystaje, szczeka, ogląda się za siebie. Za psem podąża norweski helikopter, z którego w kierunku zwierzaka padają strzały. Kto i dlaczego chce zabić najlepszego przyjaciela człowieka? Po dłuższej chwili dobiega on do amerykańskiej stacji badawczej i tam stara się znaleźć schronienie. Misja wykończenia czworonoga jednak nie kończy się sukcesem, a dwaj panowie z północy Europy udają się do Valhalli, zabierając ze sobą tajemnicę, która dosłownie „rozniesie na strzępy” bazę amerykanów. Ci jednak nie wiedząc co ich czeka, decydują się na mały lot zwiadowczy, w kierunku stacji napastników, chcą się do wiedzieć: „co jest kurwa grane?”. Na miejscu znajdują zgliszcza budynków, trupy oraz coś dziwnego, co było w pośpiechu spalone i jeszcze lekko skwierczy. Jak przystało na klasyczny horror, panowie zabierają „to coś” oraz dokumenty i nagrania Skandynawów. Po powrocie, dzielą się swoimi spostrzeżeniami z resztą załogi i starają się w spokoju przetrwać kolejny dzień. Nie będzie im to jednak dane. Po pierwsze coś wywróciło psa przybłędę na lewą stronę, po drugie na stacji zaczynają się dziać jeszcze dziwniejsze rzeczy. Po kilku badaniach i testach, przeprowadzanych na “zabitej” istocie, okazuje się, że od tej chwili nie można nikomu ufać, a każda kolejna minuta zbliża mieszkańców bazy do zagłady.

„The Thing” jest filmem niezwykłym. Mimo tylu lat, jakie upłynęło od jego premiery, nadal oglądam go z zapartym tchem. Wszystko dzięki kilku rzeczom jakie udało się uzyskać reżyserowi. Po pierwsze klimat. Paranoja jaka towarzyszy mieszkańcom ośrodka badawczego bardzo szybko udziela się widzowi. Po pierwszych 15-20 minutach filmu sami zaczynamy się zastanawiać: „Kto jeszcze jest po naszej storonie?” Dodatkowego kopa dodaje muzyka oraz efekty specjalne, które jak na tamte lata były naprawdę bardzo dobre. Dzięki tym wszystkim rzeczom „Coś” stało się filmem wręcz kultowym. Może właśnie dlatego w hołdzie dla reżysera i filmu w 2011r. Matthijs van Heijningen Jr. stworzył prequel, z którego dowiemy się co zaszło w norweskiej stacji naukowej. Film ten nie różni się założeniami ani budową od swojego starszego brata. Tutaj także mamy do czynienia z klaustrofobicznym, pełnym niepewności klimatem.

Obraz zaczyna się w chwili gdy grupa norweskich naukowców bada pokrywę lodowca i podczas małego wypadku odkrywa coś nie z tej ziemi. Do pracy nad projektem zapraszają amerykańską panią naukowiec, specjalizującą się w zamrożonych prehistorycznych zwierzakach. Dziewczyna szybko decyduje się na współpracę, gdyż może być to projekt jej życia. Na miejscu okazuje się co tak naprawdę znaleźli Norwedzy. Poza obcym statkiem, kilkadziesiąt metrów od pojazdu w lodzie znajdują się zamrożone zwłoki przybysza z gwiazd. Ekstrakcja pozwala przewieźć bryłę lodu wraz z ciałem do magazynu w obozie naukowców, tutaj także mimo sprzeciwów dziewczyny, pobierane są próbki ciała kosmity. Panuje ogólna euforia, gdyż znaleziono coś, co może przynieść dużo pieniędzy oraz sławę, coś co zmieni historię świata. W czasie gdy obozowej świetlicy trwa zabawa, w magazynie zaczyna się coś rozmrażać, a po tysiącach lat może być bardzo głodne. Nie trzeba było wiele czasu, żeby pojawiły się pierwsze ofiary, a istota z kosmosu zaczęła się przystosowywać do życia wśród ludzi. Jak wspomniałem wcześniej „The Thing” opowiada o tym co przeżyli, a właściwie czego nie przeżyli Norwegowie, ta historia bardzo zgrabnie łączy się z „The Thing” Carpentera. Mimo kilku niedoróbek to nadal dobre kino, które na pewno zadowoli fanów gatunku. Całkiem sensownie ogląda się to w combopacku, gdy najpierw obejrzymy „Coś” z 1982 roku a później wersję z 2011. Jeśli ktoś lubi filmy grozy, to jest to naprawdę dobra pozycja.

ONA:

Pierwsze wrażenie po obejrzeniu „The Thing” z 1982? Nieudolna kopia „Aliena”, który powstał 3 lata prędzej. Już na pierwszy rzut oka widzimy podobieństwa. W filmie Carpentera, podobnie jak w dziele Scotta, jest grupa ludzi, gdzie zachowane są wszystkie możliwe normy poprawności politycznej i ci bohaterowie żyją w solidnym odosobnieniu. W przypadku „The Thing” to baza naukowa na Antarktydzie. I żyją sobie tam zupełnie spokojnie, aż do pewnego momentu. Nagle i zupełnie niespodziewanie w bazie pojawia się uroczy psiak, do którego z niewiadomego powodu strzelają z helikoptera. Helikopter się rozbija, a psinka znajduje nowy dom. Zostaje zamknięty w kojcu i po krótkim czasie zżera dość nieestetycznie swoich nowych kolegów. I oczywiście spierdziela, by polować dalej. Jego celem jest zjedzenie wszystkich w bazie, a potem całej reszty świata. A do tego wszystkiego, za każdym razem coś z jego posiłku w nim zostaje, dzięki czemu transformuje w różne stwory.

Patrząc na sukces „Aliena”, twórcy „The Thing” połasili się na stworzenie podobnego klimatu, ale niestety, wyszło im to słabo. Sylikonowe bebechy, które zostały oblane jakimś polimerowym czymś, by sprawiać wrażenie oślizgłych wydzielin i wydalin, animacje komputerowe bawią, a nie straszą, a całość przypomina bardziej parodię typowych horrorów sci-fi, niż prawdziwe kino. Uśmiałam się solidnie. Ani nie było strachu, ani grozy, którą czuję do dziś, gdy po raz kolejny i kolejny oglądam przygody Ripley i Aliena. Ciągle zastanawiałam się kto następny okaże się być zmutowaną postacią ufoka i w większości przypadków trafiałam dość celnie. Główną rolę w tym filmie łyknął Kurt Russel, którego wystrzelona w latach 80. gwiazda smętnie odpada w dolinę nicości. Ja zawsze wolałam Bruce’a Willisa.

I skoro już jesteśmy przy oficerowi McClane. W drugiej części „The Thing”, nakręconej w 2011 i będącej jednocześnie prequelem filmu z 1982, w jednej z głównych ról widzimy Mary Elizabeth Winstead, czyli Lucy McClane. Jej pyzata buźka będzie nam towarzyszyła w przygodach będących wyjaśnieniem skąd w ogóle „coś” się znalazło. Tą część oglądało mi się o wiele lepiej, bo jest po prostu ładniejsza, bardziej dopracowana, ale umówmy się, te blisko 3 dekady dzielące pierwszą i drugą część, to ogromy skok w tworzeniu filmów, nie tylko tych o tematyce sci-fi.

Plusami są niewątpliwie piękne okoliczności przyrody, skutej lodem i śniegiem. Muzycznie i zdjęciowo całkiem nieźle, ale tyłka mi nie urwało. Przepraszam, ale nie lubię dzieł Ennio Morricone, za co najpewniej zostanę wydziedziczona, ale co tam, natomiast twórczość Marco Beltrami’ego nie robi na mnie wrażenia. Dla Dawida Carpenter to klasyk, a ja sobie na niego gwizdam – „The Thing” mnie rozdziewiczył, bo nie widziałam ani jednego jego filmu.

Powiem tak. Obie części można zobaczyć, ale żeby nie wydłubać sobie oczu, lepiej zacząć od pierwszej. Gdy sięgniemy do wersji bardziej współczesnej, mimo, że jest to historia „sprzed”, to zobaczymy całkiem niezły obraz.