ON:

W okresie “zbuntowanej młodości” łykałem wszystko, co jest inne (książki, filmy, muzykę), zupełnie jak młody pelikan rybki. Ciężkie, psychodeliczne i naturalistyczne obrazy ryjące głowę – taaak! Nie miało znaczenia kto reżyserował, napisał czy skomponował. Całe szczęście, że udało mi się wbić w te najlepsze klasyczne tytuły, te będące przez wielu uznawane za sztukę. Uwielbiałem zamknąć się w pokoju, puścić jakiś OST skomponowany przez Yoko Kano i czytać np. „Nanę” Zoli. O, taka ówczesna hipsterka. Czasem w ramach dobrego szpanu siadało się z discmanem i książką w kawiarni, paliło fajkę i odgrywało twardziela. Czasy te minęły bezpowrotnie: fajek nie palę, hipsterka mi nie imponuje, a książki czytam w domowym zaciszu lub podczas podróży.

W tamtych czasach także zakochałem się w Cybepunku. Zacząłem swoją fascynację tym gatunkiem zaspokajać coraz to nowymi dziełami książkowymi i filmowymi. Wtedy William Gibson przyszedł do mnie z „Grafem Zero” oraz „Mona Lizą Turbo”, a Stephenson zostawił na mojej półce „Diamentowy wiek”, który tak wiele miał wspólnego z „Grą Endera” Scotta Carda. Oczywiście, to tylko garstka tego co przeszło przez moje ręce. Zacząłem szukać tego nurtu w filmach. Na pierwszy ogień poszedł genialny, cudownie zagrany i nakręcony „Łowca Androidów”, bazujący na „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?” Philipa K. Dicka. Był i „Johny Mnemonick”, luźno nawiązujący do opowiadania Gibsona. Ale nadal czułem brak i niedosyt. I wtedy gdzieś, ktoś przyniósł mi płytę, na której nagrany był „Ghost in the shell”. Wyśmienite, wręcz genialne anime Mamoru Oshiiego ze scenariuszem Kazunori Ito, bazującym na mandze Shirowa. Ten Cyberpunkowy film jest dla mnie dziełem wybitnym.

„W niedalekiej przyszłości korporacje łącznościowe sięgnęły gwiazd, a elektrony i światło płynęły poprzez wszechświat. A jednak postęp komputeryzacji nie zlikwidował jak dotąd podziałów etnicznych i rasowych.”

Mamy połowę XXI wieku. Główną bohaterką filmu jest Motoko Kusanagi, dowódca tajnej rządowej Sekcji 9, specjalizującej się w zwalczaniu przestępczości, wykorzystującej nowoczesne technologie. Kusanagi jest praktycznie w pełni zcyborgizowana – posiada tylko ludzki mózg, reszta jej ciała to sztuczne członki i skóra, które pozwalają jej na nieludzkie wręcz wyczyny. Pani dowódca wraz z bliskimi współpracownikami: ogromnym, napakowanym techniką i wszczepami Bato i młodym narwanym, i chyba jedynym „miękkim” w 9-tce Tagusą, starają się rozwiązać zagadkę przestępcy zwanego „Władcą marionetek”. Potrafi On poprzez „ducha” przejąć kontrolę nad człowiekiem i zmusić go np. do morderstwa. Sprawa jest bardzo zagmatwana i na jej rozwiązanie przyjdzie Sekcji 9-tej poświęcić wiele czasu, energii i zdrowia. Sam szef sekcji, stary, ale dobrze znający zasady pracy korporacji, Aramaki wielokrotnie nadstawia karku za swoich podwładnych, gdy na wysokich szczeblach zaczyna się walka o stołki i zatuszowanie sprawy, która jest coraz bardziej niebezpieczna dla rządzących. Film skupia się na problemach, jakie mogą wyniknąć podczas połączenia człowieka i maszyny, na tym gdzie leży granica ingerowania w człowieczeństwo, w duszę. To także ukazanie indywidualności jednostki oraz pokazanie, jakie zagrożenia może nieść za sobą wszechobecna sieć. Podejmuje trudny temat duszy i ducha oraz świadomości osoby, która może zostać zamknięta w sztucznym ciele. Stara się też odpowiedzieć czy SI może duszę posiadać lub się jej “nauczyć.”

Dzieło to ma perfekcyjną wręcz narrację. Ilość informacji i akcji, jaka dociera do nas w ciągu kilku minut, jest hamowana kilkuminutową wstawką, pokazującą sunące, żyjące miasto, konsumpcjonizm, ludzkie mrówki w kopcu zbudowanym z wieżowców. Te spowolnione obrazy, okraszone muzyką Kenjiego Kawai, doprowadzają do dreszczy. W tych chwilach masz ochotę zanurzyć się w mokre, gorące ulice, chcesz dać się ponieść temu tłumowi. Patrzysz zafascynowany na obrazy, muzyka doprowadza twoje ciało do ekstazy, wyciszasz się i zaraz znów dostajesz dawkę adrenaliny prosto do mózgu. Sceny tutaj zrealizowane są perfekcyjnie. Nie ma zbędnych obrazów, widać rękę mistrza, widać jak różne potrafi być kino amerykańskie czy europejskie, od kina azjatyckiego.

Na koniec jeszcze tylko kilka słów o muzyce. To, co stworzył Kenji Kawai jest dopełnieniem filmu. Dostaliśmy idealne oddanie rytmu, w jakim żyje cyberpunkowe miasto. Efekt ten kompozytor uzyskał poprzez połączenie japońskich chórów śpiewających fragmenty modlitwy shintō (too kami emi tame) oraz japońskie bębny taiko. Ciężko jest to wytłumaczyć. Najlepiej po prostu posłuchać.

“Ghost in the shell” to kino wybitne, obraz pełny, kompletny wręcz genialny. Dla mnie pozycja obowiązkowa dla każdego fana anime i Cyberpunka.

PS. Grafika pochodzi z odnowionej wersji 2.0 mającej premierę w 2008 roku.