ONA:
Podobno każda miłość ma swoją datę ważności, datę przydatności do spożycia. Dla jednych to będą dwa tygodnie, dla innych 15 lat, a jeszcze u innych – do końca życia. Jedni do niej podchodzą ckliwie i romantycznie, inni pragmatycznie, czasem wbrew wszelkim normom. Dziś – o miłości. O miłości, która… się skończyła.
Tom (Joseph Gordon-Levitt) zakochał się w Summer (Zooey Deschanel) praktycznie od pierwszego wejrzenia. Ponoć to możliwe, chociaż mi się wydaje, ze to wyjątkowo naciągana teoria. Od pierwszego włożenia – to prędzej. Ale zakochał się. Przepadł totalnie. Robił co w jego mocy, by piękna brunetka trafiła w jego ramiona. I udało się. Zostali „parą”, chociaż ona bardzo mocno podkreślała, że nie chce stałego, trwałego związku. Początki były mimo wszystko słodko-pierdzące. Śmiali się, wygłupiali, spędzali ze sobą czas. Dni mijały, a Tomowi coraz bardziej potrzebna była „jakaś” deklaracja… I wtedy padły TE słowa. Nie żadne „Kocham Cie i chcę się z Tobą zestarzeć”, tylko „To koniec”… Film „500 dni miłości” to właśnie opowieść o tym, co między tą dwójką było. Od zauroczenia, przez koniec, bo całkiem nowy początek.
Bardzo podobała mi się fabuła tego filmu, mimo, że to komedia romantyczna. Na ogół takie dzieła są dla mnie równie przyjemne co borowanie zębów i głęboka depilacja woskiem, ale bardzo dużo moich znajomych pytało mnie czy widziałam ten tytuł. No i dałam się namówić, i absolutnie nie żałuję. To kino bardzo mocno szarżujące emocjami. Raz jest słodko do porzygu, raz bardzo gorzko. Radość miesza się ze smutkiem, bo podróż głównego bohatera po tych 500 dniach nie jest chronologiczna. Ten związek miał lepsze i gorsze momenty. Jak każdy. I wydawać by się mogło, że każda relacja jest inna. Tylko czemu, podczas oglądania dzieła Marca Webba miałam wrażenie, że to momentami historia o mnie?
„500 dni miłości” to komedia romantyczna z małą ilością romantyzmu. Da się go przegryźć. Mamy tu za to piękną Zooey, świetną oprawę muzyczną i mnóstwo genialnych ujęć. Przyjemna historia
ON:
Kilka tygodni temu ja i Paulina spotkaliśmy się z moim kolegą ze studiów. Nie widzieliśmy się kilka dobrych lat i piątkowy wieczór uciekł nam tak szybko, że aż ciężko w to uwierzyć. Rozmawialiśmy o filmach, książkach, pracy. Paweł, z którym spędziliśmy czas, rzucił nam kilka tytułów filmów, które powinniśmy zobaczyć. Jednym z nich był „500 Days of Summer”. Minęło trochę czasu i zabraliśmy się za seans. Warto było, ponieważ dawno nie widziałem tak sprawnie i z głową nakręconego filmu o miłości i stosunkach damsko-męskich.
Tom Hansen jest kreatywnym copy w wydawnictwie robiącym pocztówki na każdą okazję. W ich ofercie znajdziecie wszystko: od kartek świątecznych i okolicznościowych, aż do bilecików upominkowych włącznie. Tom jest młody, przystojny, zabawny, ma swoje zboczenia i fobie, ma swoje demony i dziwadła. Jest po prostu normalnym facetem. Mężczyzna nie wiąże się z żadną kobietą, ma za sobą lepsze lub gorsze związki, ale nigdy nie trafił na tą jedyną. Sytuacja zmienia się w momencie, kiedy do wydawnictwa przychodzi Summer Finn. Dziewczyna idealna, piękna, inteligentna, słuchająca The Smiths. Można powiedzieć, że wspaniały materiał na ukochaną. Pierwsze wzajemne relacje tej dwójki nie są jakieś gorące, ale potem przychodzi przełom. Tom i Summer zaczynają ze sobą chodzić. Pewnego dnia kobieta oświadcza, że muszą zakończyć ten związek. Nie podaje przyczyn, poza tym, że zawsze byli tylko przyjaciółmi i że nigdy nie brała tego na poważnie.
Tak oto zastajemy Toma w sytuacji, w której zaczyna rozkładać na czynniki pierwsze swoją znajomość z Summer. Wraca pamięcią do kolejnych dni i analizuje co takiego złego zrobił, że nie wyszło. Poznajemy więc tę historię wraz z nim i dochodzimy do wniosku, że współczesne kobiety są dziwne, a facetom zależy bardziej. Najgorsze w tym wszystkim to, że coś w tym jest. Summer wydaje się być egoistyczna, a Tom staje się opoką, wsparciem i facetem wartym uwagi. Niestety, mija bardzo dużo czasu, nim koleś zda sobie sprawę z tego, że jednak to nie była kobieta dla niego.
„500 Days of Summer” jest fajnie opowiedziane. Pomieszanie kolejnych dni w retrospekcjach nadaje kolorytu tej produkcji. Nie ma do czego się przywalić, a wisienką na torcie jest naprawdę fenomenalny soundtrack. Polecam każdemu, nie tylko parom, ale i singlom.
