ONA:

Jeśli raz jeszcze miałabym cofnąć się do jakiegoś momentu w moim życiu, bo był po prostu fajny i wspominać go będę do końca życia – wylądowałabym ponownie w gimnazjum. Byłby rok 2000, a ja właśnie skończyłabym pierwszą klasę. Tak, mogę „poszczycić” się tym, że jestem rocznikiem, od którego wprowadzono reformę. To my przecieraliśmy szlaki gimbazowe więc to do nas rodzice aktualnych gimbazjalistów powinni mieć największe pretensje. I chyba przez moją sympatię do tego czasu, z wszystkich grup wiekowych najbardziej lubię nastolatków. Brzmi jak wyznanie pedofila albo przynajmniej księdza? Nic bardziej mylnego. Ja po prostu bardzo lubię spędzać czas z nastolatkami, bo na moment wracam do beztroski. I cały czas powtarzam im, że mają nie dorastać. Bo kiedy masz naście lat marzy Ci się być już dorosłym. A kiedy jesteś i dopada Cie codzienność – chcesz wrócić do gimbazy… Dzisiejszy wpis ze specjalną dedykacją dla moich nastolatków…

Duncan (Liam James) ma 14 lat. Jest takim trochę nietypowym nastolatkiem, bowiem nie upija się, nie marzy o zaliczeniu i nie kombinuje. Jest spokojny. Za spokojny. Smętny, cichy, pokorny i potulny. Próbuje na nowo odnaleźć się w rzeczywistości. Po rozwodzie rodziców został z mamą – Pam (Toni Collette), która ma od niedawna faceta – Trenta (Steve Carell). Wraz z jego córką, cała banda wyrusza na wakacje. Mają one zbliżyć obie rodziny i połączyć je w coś na kształt jednej, ale jak to w rzeczywistości bywa – jest kiepsko. Zasady wychowawcze i życiowe, którymi kieruje się Trent, nie do końca są tymi samymi, które ustalił Duncan ze swoją matką. A z kolei Pam ma ogromny problem by wybrać po której stronie stoi. Z jednej strony: ukochany dzieciak. Z drugiej: ukochany facet. Z każdym kolejnym dniem w tak gęstej atmosferze nastolatek ma dość. I wtedy wpada na Owena (Sam Rockwell), lekkoducha pracującego w wodnym parku, który pokazuje mu zupełnie inne życie. Inne nie znaczy gorsze… Dodajmy do tego apetyczną nastkę, która mieszka w sąsiedztwie. Problemy gwarantowane. Ale Duncan nie jest już tym samym amebowcem, którego poznaliśmy na początku filmu…

Jakbym miała dopasować to dzieło do jakieś grupy, do konkretnego gatunku, to postawiłabym na „komedię inicjacyjną”. Schemat takich produkcji jest zawsze taki sam, finał również nie powala głębią na kolana, ale ogląda się to miło. W przypadku filmu „Najlepsze najgorsze wakacje” jest po prostu sympatycznie. To nie jest tak, że sikamy ze śmiechu, a nasze brzuchy ruszają się spazmatycznie, bo jest tak śmiesznie. Nie. Co prawda jest kilka scen, które podnoszą nam kąciki ust do góry i ogólnie można powiedzieć, że jest i sympatycznie, i miło, ale bez szaleństw. Niemniej film niesie na swoich kolejnych klatkach jakieś tam wartości wyższe. Ten film jest prosty, ale bez zbędnego patosu. Jest banalnie, ale i przyjemnie „ciepło”. Poza tym historia jest opowiedziana poprawnie, nie ma co liczyć na zaskakujące zwroty akcji, bo to nie tego typu dzieło. Aktorzy odnaleźli się we wszystkich rolach, chociaż Sam Rockwell i jego postać wybija się ponad nich.

Na koniec ciężkiego dnia – w sam raz.

Ps. Zawsze jest Ktoś. Ktoś, kto pomoże, zainspiruje, zrozumie.

ON:

Pamiętacie takie wakacje, które zmieniły wasze życie? Mówię o czasach gdy byliście dzieciakami lub nastolatkami. Chodzi mi o te dwa ciepłe miesiące, kiedy z powodu jakiś wydarzeń Wasze postrzeganie świata się zmieniło. Pierwsza wakacyjna miłość, pierwszy pocałunek, ale także pierwsze dorosłe problemy. Jeśli pogrzebię w pamięci, to znajdę takie gorące lato, na początku lat 90-tych podczas, którego wiele się zmieniło.

Dziś rano byłem bardzo słabiutki. Wczorajsze odwiedziny u wujka dały nam mocno w kość i nie spodziewałem się, że dam radę dziś jeszcze coś obejrzeć, a tym bardziej napisać kilka zdań na temat filmu. Okazało się, że kac tworem jest dziwacznym i jak szybko się pojawił, tak samo szybko udało się łajzę z organizmu wygnać. Po drodze jeszcze ogarnąłem dom i przesunąłem kilka szafek. W końcu jestem PPD, czyli Perfekcyjny Pan Domu. Ha!

Wieczór umilił nam film wybrany przez Paulinę. Obyczajowe dzieło o problemach dorosłych, widzianych oczami 14-latka. Pierwsze minuty nastawiały mnie bardzo sceptycznie, ale po kolejnych kilku siedziałem i z zainteresowaniem oglądałem to, co dzieje się na ekranie. „The Way Way Back” jest wyjątkowo dobrym obrazem i co najważniejsze pomimo, że to obyczaj – to nie nudzi. Historia opowiedziana jest zgrabnie, a dawki czasem chamskiego humoru pozwalają się oderwać od głównego wątku.

Duncan jest 14-letnim młodzieńcem. To typ mruka – małomówny, zamknięty w sobie i nieśmiały. Siedzi właśnie na tylnym siedzeniu samochodu i wraz z “rodziną” jedzie nad ocean do domku, w którym mają spędzić wakacje. Na miejscu jest już zaprzyjaźniona kobieta z nastoletnią córką i kochającym „Star Warsy” synem. Przyjazd nie wydaje się niczym dobrym. Co ma robić 14-to latek w miejscu gdzie nie zna nikogo i nie ma przyjaciół? Okazuje się, że może jeździć na rowerze, a podczas wędrówek spotkać pierdzielniętego pracownika lokalnego parku wodnego. Owen, bo tak facet ma na imię, to istna skarbnica chamskiego humoru, ale także doświadczenia życiowego. Dość szybko znajduje on wspólny język z pozostawionym samemu sobie Duncanem i zaczynają się kumplować. Owen załatwia młodemu pracę w parku wodnym. Tutaj nastolatek nauczy się trochę życia. Wszelkie problemy w domu, zostawia za ogrodzeniem parku, tutaj rodzi się na nowo. Nowy Duncan jest odważny, pewny siebie i najważniejsze: jest wesoły i wydaje się być szczęśliwy.

„The Way Way Back” to kino spokojne i nostalgiczne, idealne na senny, jesienny wieczór.