ON:

Wizyty na deezer to u mnie normalka. Nie wyobrażam sobie codziennego pierdolnika w pracy bez muzy na uszach, nie wyobrażam nocnych kreacji bez słuchawek na głowie. Inaczej mi się pracuje, potrafię oderwać się od ziemi i myśleć w zupełnie inny sposób. Jestem muzycznym przeciwieństwem Pauliny. Ona żyje nadal w latach 60, 70 i 80, ma swoje ukochane kawałki i ciężko namówić ją na nowe muzyczne pejzaże. Ja mam trochę inaczej. Kocham lata 80-te, które były pełne zajebistego kiczu, kiczu, który przetrwał tyle czasu i nadal jest rozpoznawany, i kochany przez kolejne pokolenia fanów. Tyle, że mi udało się wyjść poza muzyczne pudełko. Bowie, Porcupine Tree i Type o Negative przeplatają się z Planet funk, Crystal Method i BT. Lubię muzyczne nowinki, a ostatnio coraz częściej sięgam po elektronikę, muzykę klubową. Starzeje się? A może to kryzys wieku średniego?

Dziś o albumie, który przesłuchałem ponad dziesięć razy w ciągu ostatniego tygodnia i prawie cztery razy tyle w ciągu miesiąca. To zauroczenie przyszło niespodziewanie i niewiele brakowało, abym przeszedł obok płyty obojętnie, a nawet z niechęcią. Mowa o fenomenalnym, skocznym, tanecznym wręcz albumie „Time for a change” francuskiego duetu Elephanz.

Początki były trudne. Słoniki wylądowały na głównej deezera i szybko nacisnąłem play. Odsłuchałem tytułową piosenkę, później trafiłem na „Elizabeth”, która kojarzyła mi się ze starym cyrkiem i odłożyłem dzieło Francuzów na wirtualną półkę. Minęło kilka dni. Zrobiłem drugie podejście, raz jeszcze założyłem na uszy słuchawki i oddałem się nocnej pracy. Czekała mnie rąbanka do 3-4 rano, bowiem musiałem skończyć projekt graficzny dla jednej z klientek. Nawet nie wiedziałem kiedy minęło 50 minut. Tyle bowiem trwa płyta. Postanowiłem zapuścić ją raz jeszcze, bo wydawało mi się, że coś tu nie gra. Jakim cudem dałem się tak zmylić przy pierwszym przesłuchaniu kilka dni wcześniej?

Elephanz to Jonathan i Maxime, dwaj bracia. Młodzi faceci, którzy wychowali się na muzyce mistrzów. W ich uszach zawsze grali The Beatles, Bowie i Gainsbourg. Gdzieś w 2008 roku panowie nagrywają swój pierwszy kawałek i od tego zaczyna się ich przygoda z muzyką. Już w 2009 roku wydają EP-kę. Widać jednak, że szukają swojego stylu, bowiem na krążku znajdziemy mieszaninę dźwięków. Mija kilka lat, pojawia się pierwszy duży przebój „Stereo” grany we francuskich stacjach radiowych i to on pozwala panom wejść na prawdziwe muzyczne salony. Tak oto dochodzimy do 2013 roku i najnowszego, debiutanckiego albumu, który czerpie z tego co najlepsze we Francji, czyli sceny klubowej. To tamtejsze parkiety i zatłoczone kluby dały nam Daft Punk, Etienne de Crecy i The Supermen Lovers.

10 kompozycji znajdujących się na krążku trzyma bardzo wysoki i co najważniejsze – równy poziom. Są tutaj dwa utwory, które lekko mi nie pasują do całości, ale są jednak na tyle bezinwazyjne, że możemy spokojne dać im przelecieć przez nasze uszy. Jeden to „Walko on my dreams”, a drugi francuskojęzyczny „Je n’ai jamais”. Niby są elektroniczne, ale brak im skoczności, jaką ma w sobie reszta płyty. Wspomniany tytułowy „Time for a change” przynosi na myśl dokonania Empire of the sun, bardzo specyficzny wokal dodaje mu charakteru, a całość okraszona jest wyjątkowymi samplami i klawiszami. To murowany przebój i nie jest dziwne, że pierwszy singiel zawiera właśnie ten utwór. Kolejny „Elizabeth” nie bez przyczyny kojarzy mi się z cyrkiem, to kręcąca się karuzela z drewnianymi końmi i trochę pokraczne clowny. Rytmiczny werbel i to coś, ten dźwięk, który usłyszycie tylko w lunaparku. Brzmi dziwacznie, co nie? Niby tak, a okazuje się, że to naprawdę wyjątkowy utwór. Przeskakujemy „Walk on my dreams” i dostajemy genialne w swojej prostacie „Stereo”, nie ma co się dziwić, że kawałek zagościł na wiele tygodni we francuskich rozgłośniach. Właściwie mogę tak do końca albumu, utwór po utworze zachwalać drobiazgi, smaczki, które tworzą tą płytę, sprawiają, że słucham jej po raz kolejny. Ten krążek ma w sobie to coś, co miało „Non Zero SumnessPlanet Funk. Po prostu nogi same zaczynają wybijać rytm, a my nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, że nucimy pod nosem słowa piosenek.

Elephanz wdarło się na scenę przebojowym dziełem. Warto wydać na krążek każdą złotówkę, bowiem fani klubowego, wpadającego w ucho grania będą zachwyceni. Jeśli wystawiałbym oceny, to „Time for a change” zgarnia 5 na 5 możliwych punktów.