Kindergarten_Cop_2marudzenie

ON:

Jednak króla ciężko jest zdetronizować! Tyle mogę powiedzieć, po seansie „Gliniarza w przedszkolu 2”. Niestety, ta bardzo słaba pod względem scenariusza, opowiedzianej historii i gry aktorskiej historia męczy i irytuje. Dolph Lundgren choćby dwoił się i troił nie dał rady utrzymać pewnego poziomu gry. Czegoś pomiędzy kiczem a niesamowicie dobrą zabawą. Coś takiego udało się Arnoldowi w 1990 roku. Kindergarten Cop 2 – recenzja

Agent Reed (Lundgren) wraz ze swoim partnerem – agentem Sandersem starają się odszukać dysk twardy z danymi ważnymi dla FBI. Lista nazwisk, które znajdują się na nośniku, może doprowadzić do naprawdę niemiłych wydarzeń. Mężczyzna, który był w ich posiadaniu, niestety nie żyje. Jedyny trop, jaki mają agenci, to to, że denat pracował, jako nauczyciel w szkole dla bogatych dzieciaków. Nie pozostaje więc nic innego, jak wcielenie się w rolę nauczyciela dzieciaków z „zerówki”. Pada na Reeda, który idealnie nadaje się do tego zadania. Czego chcieć więcej? Mamy glinę twardziela, który musi ogarnąć grupę kilkulatków. Niestety, pomysł został zajechany beznadziejnie napisanym scenariuszem, drętwymi dialogami i płaskimi jak deski postaciami.

Oglądając film nie zaśmiałem się ani jeden raz. Nie znalazłem sceny, która chociaż trochę by mnie rozbawiła. Dzieciaki pozostawiono samym sobie, a Lundgren bawił się w lowelasa, który kręci się przez 2/3 filmu wokół 30-letniej nauczycielki. Jakby tego było mało w filmie pojawiają się jeszcze dwie zupełnie niepotrzebne, totalnie z dupy postacie. Pierwsza to partner Reeda, wspomniany na początku Sanders, druga zaś to ich przełożony. Obaj nie mają nic mądrego do powiedzenia, a jak się odezwą, to poziom ich dowcipu jest tak niski i żenujący, że zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem ich kwestii nie pisał jakiś smutny clown morderca.

Reasumując „Gliniarz w przedszkolu 2”, to marna podróba świetnej komedii. Takie niesamowite popłuczyny nie powinny bazować na starej, sprawdzonej marce. Dla mnie to gwałt na świętości.

ONA:

Bardzo lubię „Gliniarza w przedszkolu”. Ten film to klasyk wśród komedii. Bawi i to tak fest, bo przecież stworzono go w czasach, gdy poprawność polityczna była tylko powodem do prychania. Schwarzenegger był tu świetny i miał okazję, by nieco „zerwać” ze swoim wizerunkiem. Poza tym, dziecięce role były idealne. „Mój tata jest ginekologiem i cały dzień ogląda waginy”. Chyba nigdy nie zapomnę tego tekstu.

„Gliniarz w przedszkolu” z 1990 roku był tandetny, bardzo w stylu tamtych lat, ale oglądało się to świetnie.

I niestety, ktoś wpadł na pomysł, by nagrać sequel. I kogo obsadzono w roli głównej?

No cóż, nie zostało tych twardzieli, którzy na stare lata byliby w stanie „zeszmacić” się w takich dziełach. Dolph Lundgren. Nie jestem chłopcem, który urodził się na początku lat 80, więc mogę do napisać – dla mnie ten aktor (zbyt szumne słowo, ale niech będzie), to synonim tandety, braku talentu, a jego „sukces” polega dla mnie tylko na tym, że świetnie odnajdywał się w rolach mordobijców, przy czym takich jak on było mnóstwo.

W „Gliniarzu…” kompletnie nie zaskakuje. Nie umiał grać kiedyś, nie umie nadal. Dodatkowo fabuła filmu jest oczywista, kwestie niemrawe, humor zahaczający o żałosność. Wszystko to, co w pierwszej części było fajne, albo chociaż urocze… no cóż, tu jest beznadziejne. Ogromny zawód. A za tworzenie „komedii”, które nie są śmieszne, powinien być zakaz wykonywania zawodu.

Kindergarten Cop 2 – recenzja