ON:

Od czasów kiedy to pierwsza małpa zlazła z drzewa, trwa konflikt pomiędzy dobrem i złem, pomiędzy X a Y, pomiędzy kobietą i mężczyzną. Wiele było utworów starających się wytłumaczyć zawiłość damskiej logiki, procesów zachodzących w ich skomplikowanych umysłach. Najtęższe głowy starały się rozgryźć ten niezdobyty dla ludzkości obszar. Wystrzeliliśmy sondę na Marsa, zderzamy jakieś cząsteczki pod Genewą, tworzymy broń mogącą zabijać miliony w ciągu kilku sekund, a bab nie zrozumiemy. Dlaczego! Bo „Baby są jakieś inne”.

Mówisz kobiecie – „ładnie dziś wyglądasz”. Zamiast wdzięczności słyszysz – „A co? Wczoraj wyglądałam brzydko?”. Posprzątasz mieszkanie, okazuje się, że zrobiłeś to za mało dokładnie. Wyniesiesz śmieci, dowiadujesz się, że za późno. Nie panowie, nie zrozumiemy płci pięknej. Faceci się pokłócą, dadzą sobie po ryju i idą na wódkę. Babki się pokłócą i są obrażone na siebie do końca życia. Podobno Stephen Hawking starał się zrozumieć kobiety i widzicie co się z nim stało. Dlatego odradzam zagłębiać się w damski rozum, szkoda zdrowia, szkoda czasu, szkoda nerwów.

Marek Koterski, ten sam, który jest ojcem „Dnia świra”, postanowił wziąć na warsztat właśnie te piękne istoty, z pięknymi biustami, ponętnymi ustami i świetnymi tyłkami. Chciał nam pokazać jak widzą je faceci. To kino drogi, 90 minutowa podróż samochodem w towarzystwie dwóch anonimowych facetów. Przypomina mi moje podróże z Robertem P. do Rzeszowa kilka lat temu. Nasze rozmowy sprowadzały się do tematów okołomarketingowych, a rozmowy tej dwójki dotyczą jedynie płci pięknej. Jest o ubikacji i sikaniu, o spaniu, chrapaniu, kobiecych torebkach, szpilkach, równouprawnieniu, dzieciach, seksie, urlopach macierzyńskich, prowadzeniu samochodów i wielu innych rzeczach. Mamy trochę przeklinania, bo wiadomo: „Za mało kurwa! Kurwa!” w polskim kinie, ale tutaj nawet ładnie się te panie na „K” komponują. Wszystko jest trochę przekoloryzowane, ale prawdziwe.

Koterski śmieje się ze stereotypów, śmieje z przywar i z tego, jak faceci widzą kobiety. Dużo z tych obserwacji niestety jest prawdziwych, a panie same sobie zapracowały na taką opinie. Tak samo mężczyźni. Oni z kolei zapracowali sobie na „Facet to świnia”. Zawsze w grupie znajdą się osobniki słabe powodujące negatywny odbiór całej płci. Trudno trzeba z tym żyć i tyle. Kolesie muszą szukać tych jedynych, kobietki tego jednego, wspólne życie musi być szeregiem wzajemnych kompromisów i jeśli się nie pozabijacie, to znaczy, że jest ok. Gdy jednak dnia pewnego jedno z was zajerdoli drugie, a później zrobi sobie „Cobaina” ze strzelby to znaczy, że to nie było właśnie „TO”

Film się ogląda. Dupy nie urywa i uważam że do „Testoseronu” i „Lejdis” mu daleko. A to, że baby są jakieś inne wiemy wszyscy i „na chuj drążyć temat”.

ONA:

Damsko-męskie relacje to temat, który chyba nigdy się nie znudzi różnego rodzaju twórcom. Przewija się przez literaturę, przez sztukę i film, pojawia się w różnych konfiguracjach, z różnymi pomysłami. Szczerze? Czasami te historie już wychodzą mi różnymi otworami ciała…

Drugim „gatunkiem” filmowym, który mi wychodzi tymi samymi otworami, są tak zwane „polskie komedie”, za którymi kiedyś przepadałam totalnie, a aktualnie jestem na etapie prawie nienawiści. Skąd ta zmiana? Nie tak dawno temu byłam zagorzałym fanem naszej rodzimej kinematografii. Niestety, moja tolerancja na gówno, którym mnie karmiono za pomocą zmysłu wzroku i słuchu, skończyła się. Zdechła po prostu. Ostatnim polskim filmem, na który poszłam do kina „sama z siebie” był „Wyjazd integracyjny”. Po cichu łudziłam się, że dorówna poziomem tych najlepszych polskich komedii, a dostałam chłam. Szczerze? Wydanie 25 złotych na duży zestaw w McŚmieciu nie spowoduje takiej niestrawności, jak bilet do kina na produkt polskich filmowców. Od tej chwili te „dzieła” oglądam tylko wtedy, gdy ktoś mi zasugeruje, że powinnam. Zwykle są to dramaty wojenno-komunistyczne, czasami z domieszką papieską. Jeśli zaś chodzi o gatunek, który powinien śmieszyć, a nie powodować zgagę, jest tylko jedna osoba, stąpająca po tym świecie, która potrafi polecić mi polską komedię i – ten wybór nigdy nie zawodzi. „Baby są jakieś inne” chodziło mi po głowie, ale wyleciało z niej szybko. Po sugestii pt. „Obejrzyj koniecznie!” postanowiłam nadrobić zaległość.

Marek Koterski tworzy kino dziwne i bardzo, bardzo specyficzne. Jego produkcje nigdy nie są oczywiste, banalne i błahe. Każdy znajdzie w nich coś dla siebie. Kretyn będzie śmiał się przy kolejnych „kurwach” i „chujach”, a trochę bystrzejsza jednostka znajdzie w nich głębię. W filmie „Baby są jakieś inne” wszystko, no – prawie wszystko, dzieje się w samochodzie. Dwóch kolesi (Adam Woronowicz i Robert Więckiewicz) jedzie sobie nocą gdzieś w siną dal, rozprawiając właśnie o babach. Kobiety, ich zdaniem – są jakieś totalnie inne. Konfrontują swoje własne doświadczenia, z naukowymi faktami, wymieniają opinie, dzielą się spostrzeżeniami. Ich czasem seksistowskie i chamskie teksty mieszają się z bolesną prawdą o samiczym rodzie. Mamy problemy z jeżdżeniem (zdarza mi się), parkowaniem (nie umiem od tyłu) i z lateralizacją (prawa ręka to ta, która ma kciuk do środka?). Bywamy płochliwe (a i owszem), miewamy sztuczne usta (nie, jednak nie, czasem rzęsy), godzinami potrafimy pińdrzyć się (TAK!) i nosimy podwójne nazwiska (to akurat uważam za głupotę). Zachowujemy się absurdalne i nielogicznie (nielogicznie, pff). I nigdy nie wiemy kto ma na skrzyżowaniu pierwszeństwo (ten kto ma AC?). W prezentach dajemy jakiś badziew, typu kubki, krawaty i ramki na zdjęcia (chociaż, ja akurat mogę się pochwalić, że Dejw ode mnie dostaje koszulki, książki albo gry na Xboxa). Mówimy, że idziemy zrobić siku, niezależnie od towarzystwa, jesteśmy gorsze w sporcie i – co chyba najbardziej facetów drażni – nosimy spodnie. Mamy męskie zawody (ja tam jestem nauczycielką), pchamy się do polityki (nie!), odkładamy na później macierzyństwo (TAK!), stawiając na siebie i swoje kariery. No i robimy kupy (ale nasze bąki pachną wanilią lub lawendą). Z każdą kolejną historią, którą opowiadają sobie bohaterowie, dochodzą do coraz smutniejszego wniosku. Faceci są coraz bardziej zdominowani, sami się podkładają i pewnie niedługo w ogóle nie będą potrzebni, realizując tym sposobem smutny dla samców scenariusz „Seksmisji”.

Tak, ten film to praktycznie stuprocentowa prawda zarówno o kobietach, jak i mężczyznach. Można i rżeć ze śmiechu, a można siedzieć z zawieszoną miną, zastanawiając się, czy czasem też nie jest się taką typową „babą”. Jeśli zaś chodzi o kino Koterskiego, to ten film ma szanse uplasować się na podium, za „Nic śmiesznego” i „Dniem świra”. Jest ciekawy, zasługuje na uwagę, bo jest totalnie nieszablonowy (no kurcze, kręcili go w aucie!).