ONA:
Dzień siódmy. Komedie wychodzą mi bokiem. Co się uśmiałam, to moje, ale zmęczyłam się tym materiałem bardzo. Nie mieliśmy pomysłu co wybrać na zamknięcie tego tygodnia, ale wtem dopadł mnie Rob Schneider, którego bardzo lubię i którego mi żal, bo teraz jest go jakby mniej. I to był strzał w dychala. „Wielki Stach” okazał się świetnym filmem, przy którym można kwiczeć ze śmiechu, ale pod warunkiem, że taka chamówa komuś odpowiada.
O podobnym filmie pisaliśmy niedawno i obawiałam się, że będą one identyczne, a tu guzik. Dzieło Schneidera bije na głowę „Cienkiego Bolka”.
Stan (R. Schneider) zostaje oskarżony o jakieś niezbyt uczciwe biznesy i ma trafić do pudła. Ma pół roku na pozamykanie swoich spraw, a potem zacznie żyć przez 3 lata w takim miejscu, w którym zaczyna się piekło. I właściwie całkiem możliwe, że i jego będzie piekło. Przerażony wizją wielokrotnych gwałtów – chce się przygotować. Zupełnie przypadkiem w jego życiu pojawia się Mistrz (David Carradine), który godzi się przekazać mu swoją wiedzę i umiejętności, a ze Stana zrobić kogoś, kto pokona wroga fizycznie i psychicznie. Zaczyna się trening. Trening, podczas którego uczeń zostanie wielokrotnie złamany, tylko po to, by w odpowiednim momencie pokazać swoją siłę. Czas na odsiadkę zbliża się nieuchronnie. Czy Stan nauczy się jak ochronić swoją pupę przed gangami?
Spodziewałam się chamówy, fekalnego dowcipu, który kpi z min. 3 ras, 2 płci i kilku orientacji seksualnych, a także bardzo stereotypowego żartu i dokładnie to dostałam. W tej komedii nie biorą jeńców. Śmieją się z ludzi, z gatunków filmowych, z zachowań społecznych – ze wszystkiego. Ale nadal – ogląda się to wyjątkowo dobrze, o ile taka cięta siekierka komuś pasuje. Zawsze to powtarzam: jeśli ktoś ma tendencję do zapowietrzania się, gdy pada w komedii żart oparty na stereotypie, to odsyłam do innych śmiechostek: romantycznych, parentingowych, blablabla.
Zostawiliśmy Wam na blogu 7 mocnych komedii, które nie wszystkim się spodobają. Niektóre z nich są bardziej hardkorowe, inne mniej – co kto lubi. Bo nie wiem jak u Was, ale u mnie taka rozrywka jest najlepszym lekarstwem na zły dzień.
ON:
No i na koniec tygodnia ostatnia komedia, tym razem w reżyserii Roba Schnidera, którego może nie uwielbiam, ale ma on kilka filmów, które zawsze mnie rozwalają. Jednym z nich jest „Boski żigolo”. Tym razem nie będzie o kolesiu jebace, ale o mężczyźnie, który za oszustwa ląduje w więzieniu. Ma jednak 6 miesięcy na to, aby przygotować się do odsiadki.
Wielki Stan tak naprawdę nie jest duży. To niewielkiej budowy kolo w okularkach, który pociska staruszkom apartamenty współdzielne. Działa to w ten sposób, że przez dwa tygodnie w roku może sobie staruszka wpaść i pomieszkać blisko plaży, pięknych widoków itd. Problem jest taki, że nie zawsze z wszystkimi jest do końca szczery. W końcu policja dobrała mu się do tyłka, a on dostał 3 lata. Udało mu się na tyle, że sędzia dał mu wspomniane 6 miesięcy na poukładanie swoich spraw. Stan ma pietra przed odsiadką. Stara się więc zrobić wszystko, aby być prawdziwym kiziorem. Zapisał się na lekcje karate, zrobił sobie tatuaż wokół odbytu, a nawet zgwałcił się sam analnie, aby być przygotowanym na najgorsze. Gdy już traci wszelką nadzieję na to, że uda mu się przetrwać w kiciu, spotyka mistrza sztuk walki. Mężczyzna ten postanawia uczyć go i przygotować na przeżycie nawet najgorszego piekła. Szkolenie przypomina to, co znamy z klasycznych filmów kung-fu. Jest przypalanie, bicie, niedobre żarcie, trening wytrzymałościowy i trening psychiczny. Po prostu wszystko to, co najgorsze. Okazuje się, że przez te kilka miesięcy z małego i zastraszonego kolesia, wyrasta prawdziwy twardziel, kizior bez zasad, który zjada surową wątrobę na śniadanie. Gdy przychodzi do odsiadki Stan podchodzi do wszystkiego z wielkim dystansem. Już pierwszego dnia robi niezłą rozpierduchę i kopie kilka tyłków, a wszystko dlatego, aby pokazać, kto tutaj jest prawdziwym samcem alfa. Niestety, wymiar sprawiedliwości nie działa tak, jak powinien. Zarządca więzienia ma więcej za uszami, niż niejeden osadzony.
„Wielki Stan” jest śmieszny. Ma swoje momenty i naprawdę sympatycznie się ten film ogląda. Znów mamy do czynienia z komedią chamską i łamiącą wszelkie możliwe stereotypy. Nabijanie się z każdego możliwego człowieka, mniejszości, koloru skóry, religii, czy nawet grupy zainteresowań – potrafi nas rozbawić. Myślę, że warto poświęcić trochę czasu na tę głupkowatą komedię.
