ONA:

Mam straszne mieszane uczucia. Z jednej strony, gdybym nie obejrzała po raz kolejny „2012” – nie zdałabym sobie sprawy z tego, że to gówniany film, a z drugiej – może i dobrze, bo ja długo prowadziłam misję pod tytułem „Eeeeej, no nie żartuj! Przecież ta produkcja jest fenomenalnie zrobiona!”, co bardzo źle świadczy o moim guście. Więc załóżmy, że właściwie zrobiłam. A teraz czas na wyrzut.

Roland Emmerich ma na swoim koncie wiele spektakularnych produkcji, które świetnie połączyły ważne elementy, takie jak efekty, grę aktorską, całe zaplecze techniczne, czyli m.in. montaż i dźwięk, z ciekawą fabułą, fajną akcją, co oczywiście przełożyło się na gargantuiczny sukces komercyjny. Jeśli zastanawiacie się kim jest ten człowiek, to podpowiem, że to właśnie on stał za „Dniem niepodległości”, za „Światem w płomieniach”, za „Pojutrze” i też za „Patriotą”. Mając taki dorobek, tak popularne nazwisko i tak rewelacyjną świtę, która tylko marzy o tym, by ten reżyser zaproponował im współpracę, można zaryzykować, że każdy kolejny jego film będzie wielkim widowiskiem. Tak też miało być w przypadku „2012”. Na trzy lata przed oczekiwanym końcem świata (który jest chyba świętem ruchomym), do kin wszedł film, który miał nam pokazać jak ten sądny dzień może wyglądać. Zapowiadało się dobrze: cała procedura, naukowa paplanina, to w jaki sposób chronione były np. dzieła sztuki, gatunki zwierząt i jak przygotowane były arki, mające uchronić szczęśliwców przed śmiercią, to nawet było sensowne. Przy okazji wyszło na jaw sporo machlojek, ale wiadomo – jesteśmy tylko ludźmi i to tkwi w naszej naturze. Ale potem było tylko gorzej. Bohaterami tego filmu są: Jackson Curtis (John Cusack), jego ex żona Kate (Amanda Peet), ich dzieci i przystojny pan chirurg plastyk, który jest aktualnym facetem pani Curtis. To jeden obóz. Mamy też naukowca – Adriana, pana prezydenta (Danny Glover) i jego córkę oraz rodzinę rosyjskiego oligarchy. No i jest też Charlie (Woody Harrelson) – tropiciel rządowych tajemnic i spisków, który swoimi teoriami dzieli się ze swoimi słuchaczami, w audycjach jego pirackiego radia. Nadszedł wreszcie ten dzień – dzień w którym Matuchna Ziemia puściła wielkiego pierda, wywalając najpierw sporą część Parku Narodowego Yellowstone, a później znacznie więcej. Trzeba zrobić wszystko, by przeżyć tę apokalipsę i dostać się do arek. Problem jest tylko taki, że nasi bohaterowie są w Stanach, a arki – w Chinach. Czas start!

Jest spektakularnie – tego tej produkcji nie można odmówić. Jest nawet przerażająco, bo to, co dzieje się z całym światem, z miastami, z budowlami, z dosłownie wszystkim – robi wrażenie. Przyznam nawet, że byłabym w stanie próbować bronić ten film nadal, ale on zdycha przez fabułę i przez tragicznych aktorów, którym powierzono role. Cusack nie jest złym aktorem, ale w tym filmie jest. Towarzyszy mu banda innych złych aktorów, bo nawet Glover zapomniał chyba o co w tym wszystkim chodzi. Dzieciaki irytują skrajnie, ale muszą ustąpić miejsca ekipie „rosyjskiej”, która wypadła tragicznie. Jedynym plusem jest tu Woody. Woody, stary, dobry Woody. Dostał kapitalną rolę, zagrał świetnie. On i efekty to jedyne plusy „2012”.

Dla mnie to dzieło powinno być przykładem na to, że nawet największym czasami się nie udaje. Oby tylko Emmerich wyciągnął wnioski.

ON:

Uwielbiam kino katastroficzne, szczególnie to, w którym pokazywany jest koniec ludzkości. Roland Emmerich to reżyser, który lubuje się w unicestwianiu naszego świata. Wiele osób uznaje jego filmy za kiczowate, przesadzone i pełne absurdów, ale nikt tak naprawdę nie wie jak bardzo można kochać „Pojutrze” oraz „Dzień Niepodległości”, jeśli nie widział tych filmów w kinie. 

„2012” pojawiło się w kinach na trzy lata przez zapowiadaną katastrofą. Podobno w 2012 roku miało dojść do przebiegunowania ziemi, a co za tym idzie – do drastycznej zmiany klimatuy i zniszczenia praktycznie całego życia na naszej planecie. Nim jednak dojdzie do zabójczej serii wydarzeń, które zaprezentuje nam reżyser, będziemy mieli okazję poznać kilka osób, które zupełnie nie zdają sobie sprawy z tego, co je czeka.

Idąc schematem „Pojutrze” Emmerich skupia się przede wszystkim na kilku głównych osobach dramatu, a inne są tylko tłem dla całej opowieści. W „2012” na samym początku poznajemy Jacksona Curtisa, który pracuje jako kierowca limuzyny, jego małżeństwo już dawno nie istnieje, a jego kilkuletnia córka nie daje sobie rady z tym, co się dzieje w rodzinie. Tyle że to właśnie on, zwykły szary człowiek, będzie musiał sobie poradzić przez najbliższe godziny z końcem znanego nam świata. Jego limuzyna nie boi się niczego, staje się swoistym pożeraczem rozpadającej się drogi, a dopiero prawdziwą moc daje camper. Niestety, w momencie gdy świat dosłownie się wali, jedynym bezpiecznym miejscem wydaje się być powietrze. Gdy Jackson chce uratować swoją rodzinę, w innym miejscu tęgie głowy zaczynają zbierać dane na temat nadchodzących wydarzeń. Tabelki i wykresy nie kłamią, nadchodzi nasz koniec. Całe szczęście rządy wielu wielkich mocarstw zbudowały w Tybecie kilka wielkich, przygotowanych na tą okoliczność statków. Te praktycznie niezatapialne stwory są w stanie pomieścić ogromną ilość ludzi i pożywienia, ale miejsca w nich przeznaczone są dla wybranych – dla tych, którzy zapłacili najwięcej. Tak się dziwnie składa, że Jackson przewoził jednego rosyjskiego typa, który zapłacił niesamowitą kasę, po to, aby przeżyć. Nie myśląc wiele podpina się pod jego „grupę” i razem z oligarchą i jego bliskimi ratuje tyłek lecąc do Tybetu. To właśnie tam tworzony jest niesamowicie drogi projekt, mający zapewnić ludzkości przetrwanie.

Emmerich stworzył kino pełne absurdów i niesamowitości, ale podobnie, jak w „Dniu Niepodległości”, czy wspominanym „Pojutrze” – elementy te nie powodują, że bawimy się źle. Ba czasem nawet kibicujemy bohaterom, którzy są szablonowi i dość przewidywalni. Wiemy kto jest dobry, kto zły, kto zginie, a kto przetrwa. To chyba dobrze, bo to kino ma dawać nam rozrywkę, której szukamy także w tego typu opowieściach.