ONA:

Nie będę ukrywała tego, że tydzień z filmami na podstawie powieści Kinga mnie nie zmęczył. Inaczej – te produkcje w większości przypadków były mega, ale przy okazji długie i ciężkie. Organizm domaga się czegoś lżejszego, czegoś, co nie popsuje mojej głowy, ale zgrabnie ją odmóżdży… Bajka o ambitnym ślimaku idealnie wpasowała się w te wymagania. Dziś – „Turbo”!

 Zacznę od tego, że tę bajkę należy obejrzeć bez dubbingu, bo w oryginale jest po prostu fenomenalnie! Ryan Reynolds, Paul Giamatti, Samuel L. Jackson i Michelle Rodriguez to tylko początek! Snoop Dogg i Ken Jeong doprawiają go tak MASAKRYCZNIE dobrze, że głowa mała! Plus „natywne” żarciki i gry słowne o wiele lepiej brzmią w oryginale, niż nieudolnie przekładane na nasz język. Dobrze, rozumiem gdy masz 6 lat, ale gdy już strzela Ci kolejna dycha i mniej więcej łapiesz – wal bez dubbingu, jakkolwiek to nie zabrzmi. Jeśli zaś chodzi o samą historię ślimaka, daje radę. Co prawda jest bez szaleństw, ale można się zdrowo wyczillować.

Zatem kim jest Turbo, uroczy ślimak z ogromną ambicją i potencjałem? Ano paradoksalnie, nasz oślizgły bohater jest wielkim fanem wyścigów. Prędkość go kręci! Tylko Turbo jest ślimakiem, rozumiecie? Ślimakiem! Ale pewnego dnia ten nasz uroczy mięczak zostaje „udoskonalony” magicznymi mocami. Z pozoru dalej jest taki sam, ale w środku zaszły ogromne zmiany. Pod skorupą zaczął warczeć niezły silnik… I wtedy Turbo spotkał grubiutkiego Tito, który próbował znaleźć swoje miejsce na świecie, bo tacobus, który prowadził z bratem, średnio mu pasował. Tito uwierzył w potencjał swojego nietypowego kumpla i postanowili (o ile człowiek i ślimak mogą coś razem postanowić), że wezmą udział w prestiżowym wyścigu samochodowym dla ludzi…

Historia jest tak naiwna, że zęby bolą, ale jest przy tym tak urocza, że oglądamy ją z uśmiechem na twarzy. Jest śmiesznie, jest zabawnie, ale też są pokazane ważne i ponadczasowe wartości. To bajka o sile ambicji i o tym jak ważne jest to, by mieć kogoś, kto nas wspiera. Dzieci oglądając tę produkcję widzą świat „być”, a nie tylko „mieć”, natomiast dorośli mogą na chwilę zastanowić się nad sobą i własnymi wyborami… „Turbo” to ciepła opowieść, którą można połknąć na raz, nawet podczas wykonywania innych czynności (ja np. przepisywałam przepisy do mojego biedronkowego przepiśnika)…

ON:

Przez siedem dni, dzień w dzień oglądaliśmy filmy bazujące na powieściach Kinga. Trzeba było się odmóżdżyć, zapomnieć o stworach, kosmitach, psycholach i innych dziwolągach. W ten oto sposób do naszej biblioteki filmowej trafił fantastyczny film animowany pod tytułem „Turbo”. Kto by pomyślał, że opowieść o tak nudnych stworzonkach jakimi są ślimaki może być, pełna akcji i humoru. Ale zacznijmy od początku…

Ślimak jaki jest każdy widzi. Mają muszelki, są raczej wolne i śluzowate. Nic wyjątkowego, co nie? No właśnie, te nudne istotki z domkami na plecach, żyją sobie w ogrodzie gdzieś na przedmieściach. Ich egzystencja kręci się wokół pomidorów, które zrywają, obrabiają i zjadają. Każdy dzień wygląda tak samo, każdego praktycznie jeden czy dwóch ślimaczych kumplów zostaje porwanych przez kruki, w celach czysto gastronomicznych. W tej ślimaczej komunie żyje sobie Turbo. Jeden, który marzy o tym, aby startować w wyścigach Indianapolis 5000. Zakochany w wyścigówkach noc w noc stara się pobić swój rekord w ślimaczeniu się na 30cm. Przez swoje dziwaczne zachowanie staje się pośmiewiskiem grupy i nawet jego brat, grubkoway Chet, ma go już dość.

Po kolejnym dniu, który nie był dla niego zbyt udany, Turbo wybiera się na nocną wycieczkę, podczas której trafia na nielegalne nocne wyścigi, a dokładniej na maskę jednego ze ścigających się aut. Traf chce, że dostaje się do silnika, a odpalone nitro powoduje u niego jakąś reakcję na poziomie mikrokomórkowym. Wymemłany ślimak budzi się rano zupełnie skołowany i wycieńczony. Zaczynają się z nim dziać rzeczy dziwaczne, ale dopiero konfrontacja z dzieciakiem z sąsiedztwa pokazuje co tak naprawdę stało się z tym sympatycznym pełzakiem. Stał się czystym nitro, adrenaliną, energią, która wręcz go rozpiera. Los chce, że wraz z bratem trafiają do Tita, chłopaka zafascynowanego wyścigami ślimaków. Tam spotykają grupę innych winniczków pod przywództwem Whiplasha, która jest tak pokręcona, że głowa mała. Tak zaczyna się szalona przygoda, która o dziwo kończy się na torze w Indianapolis.

Studio DreamWorks stworzyło sympatyczną baję, trzymającą się schematu „from zero to hero” i pomimo swojej naiwności, absurdalności – ogląda się ją świetnie. Mamy dobra muzę, ślicznie animowane ślimaki, piękne efekty, no i to „coś” ,co powoduje, że nawet tak stary koń jak ja uśmiechnie się pod nosem. Dla mnie to idealna produkcja, która budzi chłopca siedzącego gdzieś tam głęboko w środku. Myślę, że dzieciaki będą zachwycone, a i rodzice nie będą żałować wydanych pieniędzy na tą animację. No i najważniejsze jest przesłanie – nigdy nie rezygnujcie z marzeń!