ONA:
Jest niewielu facetów, dla których jestem w stanie zarwać noc, ale Tom Hanks, mimo, że jest coraz bardziej zroszony siwizną, do nich należy. Z ogromnymi emocjami czekam na jego kolejne produkcje, bo on swoimi umiejętnościami albo je jeszcze bardziej dopieści („Forrest Gump”), albo uratuje („Atlas chmur”). W swojej jednej z ostatnich produkcji brawurowo wszedł w rolę marynarza – kapitana Richarda Phillipsa, którego statek został zaatakowany przez somalijskich piratów. Właśnie – piraci. Dla mnie piraci albo mają drewnianą nogę, niekompletny zestaw oczu, hak zamiast dłoni i papugę na ramieniu, albo płacą kary i mają zawiasy, za nielegalne ściąganie plików z netu. Piraci, których widziałam w tym filmie, są nieco inni. Dla nich takie grabieże są jedynym sposobem pozyskiwania jakichkolwiek pieniędzy. Bardzo ostrożnie będę musiała pisać tę recenzję, bo jest spore prawdopodobieństwo, że wyjdzie ze mnie rasistka, ksenofobka i w ogóle bardzo zły człowiek. Ale ja z zasady nie lubię ludzi… Ale piraci z filmu Paula Greengrassa byli jak zwierzęta. Nie, bardzo obrażam właśnie „braci mniejszych”, to były nędzne kreatury, omyłkowo zaliczone do gatunku ludzkiego. Jednak w pewnym momencie dopadła mnie refleksja, że właściwie co oni mogą innego robić… Po lekturze „Dziękujemy za palenie” moje zdanie na temat czarnego lądu nieco się zmieniło. Mam szczęście, że urodziłam się białą Europejką – powtarzam to ciągle. Owszem, byłoby super gdybym żyła bardziej na zachodzie niż centro-wschodzie, ale – lepsze to niż noszenie zasłony na twarzy tudzież fach, którym trudzą się Muse, Bilal, Najee i Elmi… A jeśli jednym słowem miałabym opisać o czym jest „Kapitan Phillips”, musiałabym powiedzieć, że jest to film o systemie. O systemie społecznym, o systemie politycznym, o systemie, który sprawił, że człowiek jest jego niezbyt wiele znaczącą częścią…
Ogromny statek towarowy, wypełniony po brzegi kontenerami, pruje taflę Oceanu Indyjskiego w okolicach wschodniego wybrzeża Afryki. Kapitan Phillips, koleś, który zeżarł zęby podczas tego typu wypraw, jest po prostu fachowcem. Wiele widział, wiele przeżył. Zna procedury, ma instynkt, a dla swoich podwładnych jest jednocześnie szefem i czymś w roli mentoro-ojca. Teraz czuje, że nie będzie to zwykła podróż. Ostrzeżenia o ryzyku piractwa spływają z wszystkich stron. Kapitan jest jak surykatka, którą stado wysyła na obserwację, by dała wszystkim znać, że nadchodzi ryzyko. On to czuje. Ale ma rękę na pulsie… Niestety, nie myli się. Spokój wyprawy burzy pojawienie się uzbrojonych piratów, którzy za wszelką cenę chcą wkroczyć na amerykański statek, który jest ich drzwiami do lepszego życia… Phillips i jego załoga nie poddają się. Pierwszy atak odbijają genialnymi i prostymi metodami, bez użycia siły, bez przemocy. Ale najeźdźcy wrócą. Wrócą silniejsi i o wiele bardziej wkurwieni… I tak też się dzieje. Jak się potoczą dalsze losy? Skoro ten film trwa ponad 2 godziny, to musi się coś jeszcze wydarzyć. I mam nadzieję, że przekonacie się o tym sami, bo warto – ta produkcja zasługuje na uwagę.
Jestem zachwycona i mimo, że już prawie doba minęła od seansu, ja ciągle go przeżywam. Uwielbiam takie kino. Głowę psuje mi już sam fakt, że ta sytuacja miała miejsce. Potem Hanks – w genialnej roli, a jeśli prawdziwy kapitan był też tak mądrym, cwanym i odważnym człowiekiem, jak jego filmowa kopia, to czapki z głów. Historia wciąga, jest bardzo dynamiczna, a ciągłe zwroty akcji sprawiają, że nie nudzimy się (prawie) wcale. Przeżywamy ją. Próbujemy wejść w uczucia bohaterów, wstrzymujemy oddech i kibicujemy kapitanowi, kiedy w żywe oczy łże, by ochronić swoją załogę i uratować statek. Emocje, które wypływają z ekranu, miażdżą nasze. Ja miałam ochotę wrzeszczeć i krzyczeć „Dlaczego do kurwy nędzy nie ma tam nikogo z bronią!” albo „Jak to jest możliwe, że 4 bydlaków niesie taki terror?” Szlag mnie trafiał. A potem zrobiło mi się piratów żal… Co prawda tylko na chwilę, ale jednak. No i finalna akcja, z wojskiem, marynarką (czemu żołnierze zawsze są tak cholernie przystojni?!) – te procedury, ta organizacja i skuteczność, dla takiego świra organizacji jak ja – to prawdziwe porno było. Jarałam się straszliwie!
Ponoć na potrzeby filmu ta historia została nieco podrasowana. Czy to ważne? Zupełnie nie, bowiem ogląda się go prześwietnie.
ON:
Był jeden odcinek komiksowego Punishera, w którym Frank walczył z morskimi piratami. To fenomenalnie opowiedziana historia, którą pamiętam do dziś. Castle nie pitolił się z morską hołotą: łamiesz prawo – idziesz pod nóż. Podobnie było w „Niezniszczalnych”, gdzie Gunner po prostu pokazał klasę wieszając pirata. Tak, proszę państwa, w czasach korsarzy, morskich odkryć i transportu wodnego, piratów się wieszało. Dyndali jak bombki na choinkach u wejścia do portu, ku przestrodze dla innych.
Gdy oglądałem „Kapitana Phillipsa” miałem okazję zobaczyć filmową wersję tego, co przeczytałem w „Dziękujemy za palenie” wydanym przez PAH. Afryka jest kontynentem, który sam się wykańcza, sam doprowadza do zapaści, z której nie ma szans wyjść. Gwałty, AIDS, głód, zabobony, przemoc i cała masa innych czynników utwierdza w przekonaniu, że dla mieszkańców czarnego lądu nie ma już szans. Fantastycznie pokazane to było w „Panu życia i śmierci” oraz „Krwawym diamencie”, gdzie bratobójcze wojny doprowadzały do śmierci całych wiosek. Jak dla mnie niezależnie jak wiele pomocy z zewnątrz nie nadejdzie i tak będzie ona niewystarczająca, a to dlatego, że ktoś tam w Afryce nie chce dać sobie pomóc. Z taką Afryką mamy do czynienia w filmie Greengrassa.
Kapitan Phillips to człowiek oceanu, kolejne tygodnie spędza na wodzie. Gdzieś w Stanach żona, dwójka dzieci, ale przez to, że jest gościem we własnym domu, omija go wiele momentów, w których powinien uczestniczyć każdy ojciec. Rozmowy z ukochaną częściej odbywają się przez mail lub telefon, niż przy kuchennym stole – smutne. Marynarza poznajemy tuż przed kolejnym rejsem, tym razem to właśnie czarny ląd. Ogromny kontenerowiec przewozi pomoc humanitarną, żywność, leki, paliwo dla potrzebujących afrykańskich krajów. Tyle, że okaże się, że pomoc tym razem potrzebna będzie kapitanowi i jego załodze. Wszytko spowodowane jest wydarzeniami, które będą miały miejsce na wodach u wybrzeży Somali.
Tam właśnie pewnego dnia kontenerowiec Maersk Alabama zostaje napadnięty przez łódź z czterema czarnoskórymi piratami. Tylko przez to, że są oni uzbrojeni w broń palną, stanowią zagrożenie dla załogi statku. Phillips jest jednak na tyle inteligentnym i ogarniętym człowiekiem, że zanim dojdzie do abordażu, to wydaje odpowiednie rozkazy, które mają na celu uratować tyłki jego podwładnych. Zaczyna się zabawa w kotka i myszkę pomiędzy załogą a najeźdzcami, ale najgorętsza walka odbywa się pomiędzy Phillipsem, a przywódcą piratów – Musem.
„Kapitan Phillips” jest historią opartą na faktach. Po premierze filmu znalazłem w sieci informację, że opowieść Greengrassa jest dość przebarwiona, ale i tak nie ujmuje to nic całemu dziełu. Obraz ten jest świetnie zagrany i nakręcony. Tom Hanks, który wcielił się w rolę kapitana statku, zadziwia swoja dramaturgią oraz autentycznością. Bardzo dobrym zabiegiem było obsadzenie w rolach piratów nie znanych naprawdę „brzydkich” aktorów, to bardzo urealniło całą opowieść.
Pomimo ponad dwugodzinnego seansu możecie być pewni, że nie będziecie ziewać ze znudzenia. Kapitan Phillips to kino bardzo dobre, którego brak ostatnio w kinach.
