ONA:
Dobra praca to skarb. To równie ważny element życia, do miłość, zdrowie, rodzina. Dobra praca motywuje, daje pieniądze, pozwala się rozwijać, bawić, podróżować. Dobra praca to też taka, która nie stresuje. Która nie sprawia, że w niedzielny wieczór chcesz wyć, bo już za parę godzin zaczniesz kolejny tydzień. Dobra praca to taka, o której nie powiesz z pogardą „robota”. Daniel Trunkman nie mógł powiedzieć, że jego praca była dobra. Pewnego dnia, po kolejnej kłótni z przełożoną, po prostu wyszedł. Ale za coś trzeba żyć…
Razem z dwoma kumplami: starszym Timothy’m i młodziutkim Mike’m, założyli swoją własną firmę. Cel: znaleźć klienta. Problem: konkurują ze swoją ex-szefową. Oni są „gołodupcami”. Potrzebują dużego klienta i naprawdę muszą zaoferować mu coś super. Coś takiego, czego nie pobije nikt inny. I w tym celu pakują manatki i ruszają na wyprawę do Europy, licząc, że wrócą z tarczą, a nie na tarczy. Delegacja na starym kontynencie będzie jedyna w swoim rodzaju. Niestety, Daniel musi „powalczyć” nie tylko z ex-szefową, ale i ze swoją rodziną. Córka zostawia mu kłopotliwe zadanie domowe, a syn ma ogromne problemy z rówieśnikami. Do tego żona, która nalega na prywatną szkołę dla pociech… A on – ze swoim pustym portfelem, dwójką pokracznych wspólników i ma szansę jedną na milion.
Ten film był bardzo niepozorny. Ot, kolejna komedia. Do tego z rodziną w tle. Ja tak średnio przepadam za łączeniem tych elementów, bo z nich na ogół potrafią się śmiać tylko ci, którzy sobie już potomstwo wyprodukowali. Tu o dziwo – jest inaczej. Momentami bywa nawet bardzo hardkorowo! Mamy tu ciężki dowcip, taki naprawdę z grubej rury. Jest tu lekka chamówa, kilka penisów i rubasznych żartów. Ciężko powstrzymać napady śmiechu. Oczywiście pierwsze skrzypce należą do Vince’a Vaughna, ale Tom Wilkinson, mówiący, że jego filmowa żona wygląda jak automat i Dave Franko, jako koleś o nazwisku „Naleśnik” próbujący robić duże interesy – świetnie uzupełniają główną rolę.
To komedia na raz – ale i tak warta jest polecenia. Można się sympatycznie odmóżdżyć.
ON:
Vince Vaughn naprawdę potrafi mnie rozśmieszyć. Jest coś takiego w jego psyku, co powoduje, że komedie z jego udziałem ogląda mi się naprawdę przyjemnie. W ramach wieczornego relaksu przed ciężkim poniedziałkiem postanowiliśmy z Pauliną, że obejrzymy „Niedokończony interes”, film w którym Vince zagrał główną rolę.
Daniel Trunkman jest handlowcem. Pracuje dla wielkiej corpo, która sprzedaje jakieś elementy metalowe, czy minerały. Jedna cholera. Nie to jest ważne. Najważniejsze, że jego szefowa, to wredny piździel, który w ramach cięcia kosztów ponownie chce zabrać mu 5% z pensji. Mający na utrzymaniu żonę i dwójkę problemowych dzieci – Daniel postanawia się postawić. Zwalnia się z firmy i zakłada konkurencyjny biznes. W dniu swojego odejścia na parkingu spotyka jeszcze dwóch takich, jak on – wyrzutków z korporacyjnej maszyny. Jeden z nich to ponad sześćdziesięcioletni Timothy, którego żona jest jak automat, a on sam marzy o seksie w pozycji na taczki, drugi zaś to Mike, młody, niedoświadczony i pełen dziwactw jegomość, który nawet tutaj nie pracuje. Ta dwójka dołącza do Daniela i zakłada wraz z nim firmę. Od tego czasu mija rok. Panowie stoją w tym samym miejscu. Nie mają klienta, żyją na oparach zapasów i zastanawiają się co będzie dalej. Jedyną nadzieją na przeżycie, jest dogadywany od dłuższego czasu kontrakt z wielką, międzynarodową firmą. Niestety spotkanie, które miało być czystą formalnością, okazało się niezłym pasztetem, bowiem o ten sam kontrakt walczy była szefowa Daniela, która zrobi wszystko, by zagrać mu na nosie. Służbowy wyjazd okazuje się jeszcze większym wyzwaniem, bowiem ze Stanów trójka współpracowników musi ruszyć tyłek do Niemiec. Tak zaczyna się trip.
„Niedokończony interes”, to nie jest kino wybitne, to nie jest też wyjątkowa komedia, ale na rozluźnienie przed nowym tygodniem nadaje się jak znalazł. Trochę tutaj głupich skeczy, trochę rynsztokowego dowcipu, wszystko w oklepanym scenariuszu, a jednak wywołuje śmiech, a to chyba najważniejsze, prawda?
Jeśli jakimś cudem przyjdzie wam spędzić 91 minut z trójką „biznesmenów”, to dajcie im szansę. Może być ciekawie.
