ONA:

Ja dziś trochę nostalgicznie. Wpis ten powinnam zacząć słowami „Dla Sylwii”, która jest moją siostrą cioteczną, kumpelą, tatuatorką i myślę, że mogłabym określić ją jeszcze kilkoma innymi słowami. Pomyślicie: co ma wspólnego „Showgirls” z kuzynką? Ano sporo. Jak byłyśmy gówniarami, a że obie jesteśmy jedynaczkami, to dodam – rozkapryszonymi gówniarami, miałyśmy dość sporą fazę na oglądanie różnych filmów. I nie wiedzieć czemu, mimo dość sporego wyboru, na ogół wybierałyśmy „Pulp Fiction”, „Clueless” albo „Showgirls”. Jak widać nasi rodzice nie za bardzo się interesowali co oglądamy, za co właściwie możemy im podziękować. Dziś historia Nomi Malone, problemowej dziewczyny, która miała dwa talenty. Umiała tańczyć i… 

Nomi (Elizabeth Berkley) to młoda dziewczyna z ogromnym bagażem doświadczeń. Trudno więc się dziwić, że pewnego dnia postanowiła spakować cały swój dobytek, który mieścił się w niewielkiej walizce i ruszyć przed siebie. I tak trafiła do miasta grzechu, do Las Vegas, gdzie niestety miała słaby start. Koleś, który ją wziął na stopa, okradł ją z tego wszystkiego, co miała. Ale są na tym świecie tak zwani „dobrzy” ludzie i Nomi zajęła się Molly, zupełnie nieznajoma dziewczyna, której po prostu zrobiło się jej żal. Molly pracuje przy rewii w „Stardust”, gdzie się zajmuje kostiumami. Minęło trochę czasu. Nomi złapała średnio dobrą pracę w barze „Cheetah”, w którym tańczy, wije się, ociera. Tak. Ten bar to klub erotyczny. Ale dziewczyna marzy o tym, by wyrwać się z tej budy i stanąć na scenie jako prawdziwa tancerka, a nie tylko jako narośl wokół cycków i cipki.

Jej „kariera” w „Cheetah” ogranicza się do niewielu rzeczy. Wychodzi, ściąga ubrania, kusi i „zaprasza” na pokaz prywatny. I podczas takiej „rutynowej” nocki trafia się jej dość osobliwa para: Cristal Connors (Gina Gershon) i Zach (Kyle MacLachlan). Ona jest gwiazdą „Bogini” – głównego show w „Stardust”, a on tam szefuje. Wkrótce Nomi zostaje zaproszona na casting, bo akurat zwolniło się miejsce… I dostaje się. Wydawać by się mogło, że złapała los za nogi. Ale show biznes szybko pokazuje ile warty jest w nim człowiek, szczególnie na początku kariery. Nomi widzi wszystko: widzi podkładanie sobie nóg, widzi oferty „dobrych wujków”, widzi pogardę w oczach Cristal, która sama była na takim dnie jak i ona, ale teraz jest gwiazdą, twarzą show. Niestety, Nomi nie potrafi odejść z tego „piekiełka”. Ba, zaczyna nim żyć. Jej „Chcę tańczyć” dość szybko zmieniło się na „Chcę być gwiazdą”. Do czego posunie się młoda dziewczyna, by zostać numerem jeden?

Ja wiem co powie praktycznie każda osoba o tym filmie: że jest beznadziejny. A ja, paradoksalnie, szalenie go lubię. Dla mnie to rasowa produkcja klasy B, ale nie jest ona słaba. Po prostu tu wszystko jest gorsze. Berkley jest przerysowana, a Gershon nie zamyka ust, co po godzinie zaczyna irytować. MacLachlan jest dziwny i dość nonszalancko podchodzi do swojej roli. Gra po porostu na pół gwizdka. Fabuła jest drętwa. Ale ten film nigdy nie silił się na stawanie w szranki obok oscarowych dramatów. Nie działa też na mnie zupełnie to, że „Showgirls” dostał chyba wszystkie możliwe Złote Maliny, bo dla mnie to żadna nagroda. Co mi się podoba, to odwaga, dzięki której dość osobliwie, bo przede wszystkim przy pomocy cycków i seksu, pokazano mechanizm działania świata, o którym sporo osób marzy, a w którym odnajdą się ci z twardą dupą i często bezwzględnymi skłonnościami.

„Showgirls” to film, z którego byłby zadowolony Dionizes, gdyby faktycznie istniał. To istna hedonistyczna orgia, uknuta z pożądania (nie tylko do innego człowieka), zmysłów, sensualności, doprawiona szampanem i czyściutkim koksem.

ON:

Paul Verhoven stworzył kilka filmów, które zaliczam do ścisłej klasyki kina sci-fi. „Robcop”, „Pamięć absolutna”, „Żołnierze kosmosu”. Ameryka była mu przychylna, a potem zabrał się za stworzenie „Showgirls” i nic już nie było jak dawniej. Verhoven został zmiażdżony przez krytykę, jego dzieło zostało zmieszane z błotem, a on sam nigdy już nie wrócił do łask amerykańskich widzów i krytyków. Starał się odkupić swoje winy, ale ostatecznie wrócił do rodzinnej Holandii.

Podczas naszego erotycznego tygodnia nie mogło zabraknąć „Showgirls”, filmu, który ja widziałem po raz pierwszy, Paulina zaś na swoim koncie kilkanaście wyświetleń tego dzieła. Możliwe, że dlatego zupełnie inaczej podchodzimy do produkcji Verhovena.

Scenariusz tego dzieła jest piękną papką, którą w łatwy sposób przełkną amerykańskie dziewczyny, które chcą się wyrwać z małych mieścin i marzą o wielkiej karierze. Verhoven pokazuje świat wielkiego showbiznesu jako mekkę dla życiowych wykolejeńców, którzy uciekają przed przeszłością. Nomi Malone jest taką dziewczyną, laską ze świetnym ciałem, która chce tańczyć w Vegas ipragnie być jedną z gwiazd rewii. Łapie więc stopa i rusza swój zgrabny tyłek do miasta rozpusty i hazardu. Na miejscu daje się zrobić jak małe dziecko i traci wszystkie swoje rzeczy, całe szczęście spotyka dobrą Samarytankę, która pomoże jej stanąć na nogi. W ten oto sposób ląduje w klubie Ala Torresa, który ma opinię największego kutasa w mieście. Nomi dość szybko zmienia lokal, bo mierzy wyżej niż speluna Ala. Udaje się jej dostać do ekipy tancerek w rewii samej Cristal Connors. Wielkie show jest tak naprawdę niczym innym, niż eleganckim striptizem, a wzajemna walka o miejsce na parkiecie przypomina walkę wygłodniałych i wyleniałych hien, zamkniętych w jednej małej klatce.

Kurde, jakbym był amerykańską nastolatką, łykałbym tę popkulturową papkę jak pelikan ryby. Rzuciłbym szkołę, zostawił kartonową przyczepę na jakimś śmieciowym osiedlu w Teksasie, wciągnąłbym na dupę szorty i założył kozaki, aby wyglądać bardziej sexi i wyruszyłbym na podbój Vegas. Przecież każdy czeka tam na mnie, niezależnie od tego jakie mam umiejętności, w najgorszym wypadku dam ze dwa razy i zostanę gwiazdą. Księżniczki z Teksasu, muszę Was sprowadzić na ziemię. Świat nie działa tak jak w filmach, większość tych opowieści to fikcja i tutaj jest podobnie.

Całość jest strawna, ale to raczej rodzaj papki, którą zjemy i znów będziemy głodni. Moim zdaniem szkoda czasu.