Sandy Wexler - recenzja

I doszłam do tego momentu w życiu, gdy jeden z moich ulubionych aktorów, a przy okazji scenarzysta i producent – Adam Sandler… no dał dupy po całości. Zawiodłam się. Mocno. „Sandy Wexler” to denna komedia, która opowiada o pewnym agencie gwiazd.

Sandy Wexler – recenzja

Sandy poluje na gwiazdy. Na potencjalne gwiazdy, oczywiście. Oddziela ziarna od plew, coś tam organizuje, załatwia, popycha, zbiera za to swoją prowizję i tak żyje. To prosty koleś, który jest okrutnie groteskowy. A Sandler pokazał go w taki sposób, że – serio – chcesz poczuć, jak jego gorąca krew zastyga na Twoich dłoniach.

Co ciekawe, ponoć ktoś na kształt „Sandy’ego Wexlera” istniał i był to prawdziwy menadżer – Sandy Wernick. Agent Sandlera.

W filmie pojawia się typowa „banda” Adama: Kevin James, Rob Schneider i inni. Mamy też Jennifer Hudson. I to jest typowy film, w którym gra Adam Sandler. Ma być durny, prześmiewczy, bekowy, przerysowany. Ale tu tego było za dużo.

Puściłam go do treningu i z rozkoszą dopchałam do końca. I trening, i film. Żarty suche. Fabuła równie zabawna, co atak kamieni nerkowych. Z nadzieją czekałam, że może się odmieni, że będzie lepiej, że może… bo przecież mnie Sandler bawi… a gówno. Nic. Nędza. Omijać.

Czuję się jak typowy widz na filmach z Adamem. Mnie one śmieszą. Śmieszyły? Do czasu. Gdybym rozwodziła się z Sandlerem, w polu „Przyczyna” musiałabym napisać: „Sandy Wexler”.

Tagi: Sandy Wexler – recenzja, recenzja, marudzenie, blog recenzencki, blog marudzenie, blog popkulturowy, recenzja filmu