ON:

Jakiś czas temu ktoś wpadł na pomysł, aby wszystkie nowe superbohaterskie filmy od Marvela połączyć ze sobą drobnymi wątkami, szczegółami i dzięki temu otrzymać wyjątkową sieć wzajemnych odniesień i relacji. Tak samo jak w komiksach, postacie z różnych serii wpadają do siebie na herbatkę, tak i w filmach jest trochę wzajemnej gościnności. W ten oto sposób w jedną całość połączono „Thora”, „Hulka”, „Iron Mana”, „Avengersów” i „Kapitana Amerykę”. Dzięki temu po raz pierwszy od czasów naprawdę udanej trylogii „X-men”, można mówić o wyjątkowo dobrych adaptacjach znanych komiksów. Dziś będzie o „Thorze”.

Pierwszy z dwóch jakie do tej pory powstały, wyreżyserował Kenneth Branagh – widać było w nim szkołę teatralną, szczególnie w scenach dziejących się na dworze Odyna. Niestety, reszta była bardzo jarmarczna i zupełnie nie trzymała równego poziomu. Ale nie to było najważniejsze, „Thor” pojawił się w kinach, aby przygotować nas na nadejście kolejnych Avengersów. Dzięki tejże historii poznaliśmy jego kochającego kłamstwo i obłudę brata oraz jego prawdziwe pochodzenie. Połączenie świata realnego z mitologią nordycką, która jest w pewien sposób „unowocześniona”, daje nam dzieło specyficzne. Każdy fan komiksu bez problemu odnajdzie się w tych realiach i nie będzie miał problemu, by dobrze się bawić.

W czasie gry „Thor” rozbijał się pomiędzy 9 światami, my poznawaliśmy historię innych superbohaterów wiedząc, że ich drogi zejdą się w późniejszym czasie. Gdy dochodzi do zakończenia filmu, nie będziemy gotowi na skok, który przyjdzie nam zobaczyć w „Avengersach”. Tam postać boga z młotem ewoluuje i staje się bardziej dojrzała. Wcześniejszy romans z ludzką kobietą schodzi na drugi plan, bowiem teraz ważniejsze jest bezpieczeństwo zagrożonego ze strony Lokiego Nowego Jorku.

Po tych wydarzeniach znów wracamy do filmu skupiającego się tylko na postaci blondasa z młotkiem. „Thor: Mroczny Świat” jest kontynuacją wątków znanych z „Thora” oraz „Avengersów”. Na początku dowiemy się o mrocznych elfach i ich broni absolutnej – eterze. To płynne cudo potrafi zniszczyć całe wszechświaty, wystarczy tylko odrobina złej woli. Nim jednak dojdzie do ostatecznej bitwy pomiędzy dobrem a złem, wróci temat nieszczęśliwego uczucia, zdrady oraz matczynej miłości. Gdy pierwszy „Thor” był średniej klasy kinem akcji, to jego kontynuacja wydaje się być produkcją z górnej półki. Na ekranie cały czas coś się dzieje, taka kolej rzeczy nie pozwala widzowi zastanowić się nad sensem i logiką tego dzieła. Siła tejże historii tkwi w drobiazgach oraz w jej lekkości. To kino dla każdego i na każdą okazję. Pozwala spokojnie oddać się przyjemności seansu. Teraz przyszło nam czekać na zakończenie, urwanej praktycznie w połowie historii. Dla fana Marvela jest to pozycja obowiązkowa.

ONA:

Moimi ulubionymi superbohaterami, którzy wcale tacy super nie byli, są Iron Man i Batman. Dlaczego? Bo w odróżnieniu od tych poddanych modyfikacjom genetycznym spowodowanym przez pająki, czy inne promieniowanie, albo tych, którzy są z odległych światów – Nietoperz i Stalowy są ludźmi. Pochodząc z totalnie majętnych rodów, mając ogromny zasób funduszy, są nie tylko rewelacyjnymi kandydatami na mężów, ale w tej całej superbohaterskości są najbardziej ludzcy. Nowinki technologiczne dla mnie, osoby, która sci-fi praktycznie nie trawi, są najbardziej zjadliwe. No ale niech będzie. Biorąc pod uwagę, że co prawda z powodu choroby, ale jednak, zostałam przykuta do łóżka na więcej niż sen, z możliwością wylegiwania się w nim bez wyrzutów sumienia, stwierdziłam, że obejrzę „Thora”. A potem „Hulka”. A potem „Captain America”… Spodobało mi się na tyle, że zaproponowałam Marudzie tydzień z dziełami prosto od Marvel Studio. Zgodził się bez wahania! Bo są 3 rzeczy, których Dejw nie odmawia: kebab o każdej porze dnia i nocy, łiskacz z colą i seans z superbohaterskim filmem.

Przeglądając dzieła, które wyszły już z tego znanego studia, z przerażeniem stwierdziłam, że sporo mam ich już za sobą. Ba, niektóre autentycznie mi się podobały! W całym tym universum najbardziej podoba mi się humor i wzajemne przeplatanie się poszczególnych historii. Zaczytywałam się w marvelową wiki, by mieć pełny obraz relacji, bo przecież mam ogromne zaległości i dopiero od niedawna w moim życiu funkcjonują inni superbohaterowie niż Nietoperz. Niestety – historia Thora, którą rozpoczęłam cykl, bardzo mnie wynudziła. Sama fabuła wydaje się tak totalnie oklepana, że bul dupy jest straszny, bo motyw braci „walczących” ze sobą o władzę przerabiano na tyle sposobów, że już bardziej się nie da. A jednak! Da! Trzeba tylko całą historię naszpikować do granic przyzwoitości efekciarskimi efektami, zderzyć ze sobą światy, dorzucić kobietę i tadam – mamy kolejną wersję dokładnie tej samej opowieści. Obejrzałam obie części i na szczęście – ta druga była o wiele lepsza. I teraz, czytając „zaplecze” tego filmu, powoli łączę wszystko w całość. Otóż „Thor” z 2011 roku, w reżyserii Kennetha Branagha, miał być chyba jakąś futurystyczną wersją dramatów od Szekspira. Tak skrajnie klasyczny twórca, biorący się za mężnego superbohatera, za inny świat, to dla mnie za dużo. Podejrzewam, że właśnie w tym tkwił największy problem – żeby komuś się to spodobało, musi z miejsca „wejść” w ową szekspirowskość, wtedy może będzie się lepiej bawił. Ja, niestety, odkąd pamiętam z tym dramaturgiem miałam nie po drodze, a dołożenie do tego konwencji sci-fi dało mi kolejne 2 stopnie gorączki więcej.

Moim zdaniem ekranizacja przygód Thora to trochę przerost formy nad treścią. Bardzo zaskoczyły mnie kreacje aktorskie: Chris Hemsworth i Tom Hiddleston zachwycają i talentem, i aparycją. Anthony Hopkins nie potrzebuje dodatkowych rekomendacji, za to Natalie Portman zawodzi strasznie. Jej bohaterka jest bardzo drażniąca, a ona dodatkowo to podbiła. Marnie wyszło.

Szczerze? Niczego mi ten film nie urwał. Teraz, mając kolejne produkcje od Marvela za sobą, stwierdzam, że na tle konkurencji wypada marnie. Ale ciągle jeszcze nie widziałam „Daredevila”…