ON:

„11:11:11” jest filmem, który obejrzałem dwukrotnie: raz jakiś czas temu, kolejny raz ostatnio. Paulina uparła się twierdząc, że „tego filmu na pewno nie oglądaliśmy” i kazała go znów odpalić. Pan każe, sługa musi. Po raz kolejny straciłem 90 minut na seans hiszpańsko-amerykańskiego horroru. Południowe kino grozy ma swój klimat, jest inne niż amerykańskie i różni się od tego np. francuskiego, ale to, co wyszło spod ręki niejakiego Bousmana, trudno nazwać kinem dobrym, a tym bardziej nawiązującym do latynoskich tradycji.

Joseph Crone jest wziętym pisarzem, odnoszącym ogromne komercyjne sukcesy na całym świecie. Niestety, tragiczny wypadek pozbawił go ukochanej żony i dziecka. Od tego momentu porzucił wszelką wiarę, wszelka nadzieję, stał się sceptykiem i cynikiem. Prawdopodobnie siedziałby na dupie pod kołdrą do tej pory, ale umierający w Barcelonie ojciec staje się powodem jego podróży do Hiszpanii. Na miejscu, poza będącym w stanie agonii starcem, spotyka także swojego brata – Samuela. Wzajemne niesnaski zaczynają się zacierać, zepchnięte na drugi plan przez szereg dziwnych wydarzeń. Wszystkie one związane są z liczbą 11. Ciekawość Josepha, wynikająca z jego zawodu, doprowadza go do tajemnicy, mogącej zagrażać ludzkości.

Mamy tu bardzo mało dobrego, naprawdę strasznego horroru, więcej jest tutaj mistycyzmu i okultyzmu w przeróżnych postaciach. Dodatkowo, opowieść jakoś się nie klei, widać w niej braki. Nie są to braki warsztatowe, bowiem Bousman ma na swoim koncie „Piły” i może nie były one najlepsze, ale wdarły się do kanonu – jest to raczej brak pomysłu na ten film. Reżyser miota się i pląta w całej opowieści, a jej zakończenie jest dopchane jakby na siłę. Niestety, „11:11:11” z hiszpańskimi produkcjami ma niewiele wspólnego. Bark tutaj klimatu z „REC”, „Sierocińca”, czy też „Mamy”. Gdzieś to wszystko się rozmywa, gnie w całej błahości tego obrazu. Straszenie Bousmana opiera się na dobrze znanych chwytach. Są tu wąskie kadry, które ułatwiają wyskakiwanie czegoś zza krawędzi ekranu, są ciemne pokoje, dziwne postacie na drugim planie, niewyraźne nagrania video. Tylko, że to jest jednak za mało, aby z przeciętnego filmu zrobić horror z prawdziwego zdarzenia.

Jeśli chcecie więc naprawdę się pobać, włączcie coś z hiszpańskiej klasyki kina grozy, a „11:11:11” po prostu sobie odpuście.

ONA:

„Obejrzyjmy 11:11:11!” – z wielką ekscytacją zakomunikowałam „towarzyszowi pióra”. „Widzieliśmy już to…” – odburknął, nawet nie podnosząc wzroku z monitora, na którym LEGO wersją „Władcy Pierścienia” zbierał klocki, jeździł na świni i czesał brodę jakiemuś krasnoludowi. „Nie ma szans! Zapamiętałabym!” – wykrzyknęłam, bo przecież w przyrodzie nie istnieje coś takiego jak „Papi się myli/Papi nie ma racji”. Szczególnie, że to horror typu „straszydło nieprzeciętne” – ja zapamiętuję tego rodzaju produkcje, by już nigdy więcej po nie nie sięgnąć. Bo moje chojrakowanie kończy się na teorii – rzucam ot tak pomysł, żeby siąść do horroru, a potem nagle odczuwam niesamowitą potrzebę golenia nóg, zaglądania w komórkę albo pod koc. „11:11:11” nie jest bardzo hardkorowym straszydłem, ale mi wystarcza.

No dobra, tak naprawdę po jakiś 15 minutach zaczęłam sobie przypominać, że faktycznie ten film widzieliśmy. Nie byłam sobie tylko w stanie przypomnieć, czy mi się podobał, czy nie, więc twardo oglądałam go w skupieniu, a potem już pod kocem. Bo oczywiście motywy „straszące” były, a ja nawet przy drugim seansie pizgałam zdrowo. Skoro już widziałam te 13 horrorów (z czego wśród nich jest moja Pamiątka I Komunii i studniówka), to mogę stwierdzić, że dzielą się one na te, które są „straszydłami” – czyli bazują jedynie na instynktach, i na te, które mają klimat grozy, bez zbędnych efektów. „11:11:11” jak łatwo można się tego spodziewać, należy do pierwszej grupy.

Joseph Crone (Timothy Gibbs) jest pisarzem, bardzo dobrym, popularnym i rozchwytywanym, który przeżył ogromną tragedię. W pożarze zginęła jego żona i syn. Od tamtej pory jest mu strasznie ciężko – po prostu. Chyba najbardziej liczy na to, że i on pewnego razu zakończy swój samotny, pokiereszowany żywot. Ale dzieje się inaczej. Teraz jego życie wypełnia cierpnie, które przelewa za pomocą gorzkich słów do swojego pamiętnika. Chodzi też na spotkania grupy wsparcia i właśnie tam poznaje Sadie, która też ma za sobą bezlitosne chwile. Zaprzyjaźniają się, tak po prostu. Ale zostawmy póki co ten wątek. Pewnego dnia Joseph dostaje niepokojący telefon od rodziny, która mieszka w Barcelonie. Stan ojca naszego bohatera jest już bardzo zły i to chyba ostatnia szansa, by zakopać wojenny topór i wyciągnąć rękę w geście pojednania do staruszka i brata Josepha – Samuela. I wtedy coś odkrywa… Przypomina sobie pewne fakty z życia i zauważa w nich zależność. Jest nią cyfra 11, która boleśnie snuje się po jego losie… A, dodam, że zbliża się pewna data: 11 listopada 2011 roku. I nie ma ona nic wspólnego z naszym świętem narodowym…

„11:11:11” jest dziełem specyficznym: strasznie niespójnym, dziurawym i sprawiającym, że mam ochotę wreszcie spiąć dupę i dokonać aktu apostazji. Co prawda dwie główne męskie role są szalenie przystojne, w taki bardzo „charakterny” sposób, ale niestety: jeden bohater jest bliski obsesji z powodu numerka, a drugi jest nawiedzonym księdzem na wózku. Ciężko tu pochwalić cokolwiek, bo przede wszystkim historia jest nudna. Dobrze, kilka razy podskoczyłam – ale to odruch i tyle. Teraz już na 100% będę pamiętać, że „11:11:11” to raczej nędzna pozycja, której finał sprawia, że przybijacie sobie facepalma. Sztachetą. Z gwoździem.