ON:

Jestem pełen podziwu dla „gameingowych” marketingowców, którzy potrafią zapakować kupę w ładny papierek, a reklamowym bełkotem przekonać potencjalnych klientów, że mają do czynienia z genialnym, wspaniałym produktem, który muszą mieć. Tak właśnie było z bazującą na licencji serialu grą „Lost:Via Domus”.

Jakim cudem ten gniot, który zrobiony jest tylko, by wyciągnąć kasę od fanów serialu, miał prawo pojawić się na rynku? Nie wiem. Do tej pory chodzą w branży opowieści, że „Lost” tak, jak „King Kong” był wywożony paletami i rozdawany za darmo, każdemu kto tylko chciał ten kawałek łajna wziąć do swojego domu. Można było te ilości ładować widłami na furmankę i rozwozić na cztery strony świata.

Fenomenu „Lost” nie jestem wstanie zrozumieć. Po pierwszym sezonie byłem tak wymęczony, że gdy ktoś kiedyś napisał, że serial się skończył, to pomyślałem obejrzę ostatni odcinek i zobaczę o co w tym dziele chodziło. Po seansie nadal tego nie wiem. Kiedy przeczytałem, że to film o ludziach,którzy byli na wyspie, ale nie byli na wyspie i myśleli, że są na wyspie, a jednak na wyspie nie byli, to wiedziałem, że nie ma sensu doszukiwać się tutaj sensu.

Ponieważ jednak sześć sezonów udawało się doić fanów, to Ubisoft stwierdził, że na tej licencji można podoić jeszcze trochę i tak oto powstała gra „Lost:Via Domus”. Ten potworek to mieszanka gry przygodowej, zręcznościowej i logicznej, gry, której przejście zajmuje około 3-4 godzin, a co najlepsze – poza kilkoma obowiązkowymi dialogami z NPC-ami, można przejść ją bez zamienienia słowa z kimkolwiek. Takie drobiazgi pokazują jaki był cel tej produkcji – wyciągnięcie kasy z graczy i fanów. Oczywiście, aby uniknąć spojlerów postanowiono, że gracz wcieli się w nową postać, której do tej pory nie było w serialu. Ten cudownie ocalony ma pomóc nam wyjaśnić co się dzieje na wyspie. Dzieje się naturalnie dużo i jest nudno, a nasza gra polega na łażeniu pomiędzy kolejnymi lokacjami, zbieraniu rzeczy i wykonywaniu banalnych zadań. W ciągu całej pasjonującej przygody będziemy raz lub dwa uciekać przed czarnym dymem oraz rozwiązywać łamigłówki odpowiednio podłączając skrzynki z bezpiecznikami. Emocje sięgają zenitu. Idzie się posrać z nadmiaru adrenaliny. Wszystko ubrane jest w bardzo słabiutką grafikę i jeszcze słabszy voice acting. Jak czytam te recenzje mówiące o setkach lokacji, dziesiątkach zadań, to bierze mnie pusty śmiech. Nie wierzcie w ani jedno pozytywne słowo, jakie napisano lub powiedziano o tym tytule. To po prostu marketingowa bzdura.

Jeśli nie graliście, to nie grajcie. Chyba, że zależy wam na szybkim i prostym calaku, ale ta opcja dotyczy tylko właścicieli konsol.