ONA:
Oglądanie tego filmu było takim swoistym eksperymentem. Widziałam go raz – kilka lat temu, gdy pojawił się w kinach, a ja nie miałam pojęcia na co pójść, więc poszłam na to, co było pod ręką. Kino rodzinne. Ale Vin Diesel, więc nie może być tak bardzo źle.
No cóż. To nie jest wybitne kino. To jest stereotypowe, sztampowe, kompletnie niezaskakujące kino rodzinne.
Więc obejrzałam go po latach raz jeszcze.
Czy coś się zmieniło?
Nie. To nadal ten sam film. Nic się nie zmieniło. Nie odebrałam go inaczej. Nie przeżywałam go inaczej. Nie śmieszył mnie ani mniej, ani bardziej.
I najgorsze jest to, że ten film naprawdę mi się podobał! I wtedy, i teraz.
Zadaniem Shane’a było sprowadzenie do domu pewnego profesora, który pracował dla rządu. Niestety, naukowiec ginie. Sprawa śmierdzi, więc dzielny agent postanawia zrobić co w jego mocy, by dowiedzieć się kto stoi za sprawą tego morderstwa i czym do cholery jest „Duch”.
Ale zamiast pracy typowej dla niego, zostaje na jakiś czas opiekunką do dzieci. Do dzieci właśnie tego zamordowanego naukowca. Przyznam szczerze – gromadka dość męcząca. Nastolatka, która ma skretyniałe podejście do ludzi i całego świata, nastolatek, który coś ukrywa, mała dziewczynka, chłopczyk i niemowle. Cała banda początkowo mocno dawała agentowi w kość, ale potem zdali sobie sprawę z tego, że ktoś faktycznie czyha na ich spokojne życie. Wreszcie wszyscy zaczynają ze sobą współpracować, a Shane odkrywa czym jest „Duch”.
No i co? Jest ciut śmiesznie, jest uroczo, czasami pojawia się maleńki wzrusz. Cały czas coś tu się dzieje, ale fabuła idzie idealnie po sznurku. I do tego jest skrajnie przewidywalna. Ale Vin dwoi się i troi, by tak prosty, zwykły film, był sympatyczny w odbiorze.
Obejrzałam go pierwszy raz w 2005 i po jedenastu latach po raz drugi. Nie bolał mnie ani wtedy, ani teraz.
Jeśli ktoś szuka fajnego kina rodzinnego, takiego do pokazania młodemu widzowi, to śmiało może zabrać się za „Pacyfikatora”. Sama nie potrafię uwierzyć w to, że polecam taki film, ale cóż. Tak naprawdę jest.
ON:
Arnold opiekował się dzieciakami w przedszkolu i robił to zajebiście. Gdy miałem 13 lat, to Hulk Hogan był nianią w pewnej rodzince, co też wyszło całkiem zabawnie, a teraz Vin Diesel zabiera się za musztrę piątki niesamowicie rozbrykanych dzieciaków. I chociaż scenariusz jest oklepany, to całość jest naprawdę bardzo sympatyczna i nadaje się jako niedzielny seans dla całej rodziny. Szczególnie, gdy na dywanie przed telewizorem siedzą niewyrośnięte jeszcze pacholęta.
Ten film ma wszystko to, co powinno znaleźć się w tego typu produkcji. Diesel jest twardzielem, który świetnie radzi sobie jako agent, ale rozwala go na łopatki piątka dzieciaków. Dzieci zaś, to jedna wielka zbieranina charakterów i zachowań. Nawet świętego wyprowadziłyby z równowagi. No i biedny agent musi to jakoś kurde połatać. Podobnie, jak Arnie i Hulk – znajduje w pewnym momencie sposób i wszystko zaczyna się układać.
Wiecie co jest najważniejsze? Ten film nie jest irytujący. Potrafi rozśmieszyć, daje odrobinę dobrej zabawy, nawet zmusza do zaangażowania. Niby proste, niezobowiązujące kino, a jednak przyciąga naszą uwagę, a to chyba najlepsza rekomendacja. Na pewno jest to produkcja lepsza, niż niejedna współczesna komedyjka parentingowa, która może dać raka. Poza tym, czasem dobrze jest zobaczyć tych wszystkich twardzieli kina, w rolach innych, niż zazwyczaj.
