Marek Łuszczyna - "Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne" - recenzja„Polskie obozy koncentracyjne” – coś, co boli nas od zawsze. Polskie tylko dlatego, bo znajdowały się na polskim terenie. Nigdy polskie – bo stworzone przez Polaków. Polacy tam ginęli.

Marek Łuszczyna – “Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne” – recenzja

A tymczasem Marek Łuszczyna wydaje książkę, dość specyficzny reportaż historyczny, o tytule, który zabija od razu. „Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne”. Trudno przejść obok czegoś takiego w sposób obojętny.

Ja całe życie mieszkam na Śląsku. Tu mało kto nie wie o tym, że po wojnie, przy większości kopalni, były „obozy pracy”. W teorii: to kolonie karne, dla więźniów itp. Cel? Odbudowa. Bo przecież wygraliśmy wojnę, ale z kraju niewiele zostało, prawda?

Nie, nie wygraliśmy wojny. Nie uporządkowaliśmy tych spraw. Nie zamknęliśmy tego, nie posprzątaliśmy. Wycieramy sobie mordy bohaterami, zapominając przy okazji o wielu innych sprawach. Nadal tego nie robimy.

Łuszczyna pisze o tym wprost. W Wadowicach, które tak bardzo „bosko” nam się kojarzą, bo przecież Papież-Polak – był polski obóz. „Sformułowanie „polski obóz koncentracyjny” zostało wypełnione treścią.”

Strona 13 książki. „Między 1945 a 1950 rokiem w Polsce działało dwieście sześć obozów prac przymusowej oraz obozów koncentracyjnych, w których przetrzymywano Niemców, Ukraińców, Łemków i Polaków”. Nazistowska „infrastruktura” pozostała po ucieczce okupanta. I była używana nadal.

Można oczywiście próbować „wybielić” ludzi, którzy zajmowali się polskimi obozami, mówiąc, że to żądza zemsty. Może i tak. Ale wszelkie zachowane dokumenty mówią wyraźnie: obozy polskie były świetnie zorganizowane, podlegały Bezpiece oraz Zarządowi Przemysłu Węglowego. Polacy także, na kartach historii, podzielili się na tych dobrych oraz tych złych.

Tragizm tej historii zaczyna się w 1921, kiedy to Górny Śląsk został rozdarty na pół. Z jednej strony Polacy, z drugiej pół-Polacy, pół-Niemcy. Później volkslisty. Piekło wojny się skończyło, ale zaczęło się nowe. Ot, na przykład w takich Świętochłowicach. Komendant obozu wita (…) słowami „Auschwitz to była pestka przy tym, co wam tu zgotuję”. Nie żartuje.” O sytuacji w Świętochłowicach pisali nawet brytyjscy dyplomaci.

Mamy rok 2012. Zbigniew Gluza przychodzi do ówczesnego szefa MSZ – Radosława Sikorskiego, z pomysłem, by udostępnić te dokumenty. Żeby pokazać otwartość, cywilizowanie, chęć do podjęcia dialogu. Żeby dać rodzinom możliwość sprawdzenia, gdzie i kiedy tracili bliskich.

Sprawa została „odłożona na później”, bo prawda historyczna okazała się mniej cenna, niż bieżąca polityka międzynarodowa.

A my teraz biegamy i relaksujemy się w miejscach, które zbudowane są na masowych mogiłach. Często nawet bez tablic. Bo przecież wojna to tylko Warszawa, trochę Oświęcim.

Ciężko się czyta tę książkę. Łuszczyna próbuje oddać sprawiedliwość i uciera nos niejednemu „patriocie”. Książka przepełniona jest danymi, które nie zostały wyssane z palca. Są tu dokumenty, fakty, a one na ogół nie są przesiąknięte emocjami.
Nie ma sensu polecać ją wszystkim. Sięgną po nią ci, którzy są tematem prawdziwie zainteresowani.

Tagi: Marek Łuszczyna – “Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne” – recenzja, książki, recenzja, blog popkulturowy