Płakałam na tym filmie srogo. I w sumie zaczęłam od połowy filmu. To wręcz żenujące, że idziesz do kina na film o superhero, a wracasz z makijażem kapiącym z brody. Z czerwonymi oczami i zatkanym od meli nosem. Płakłam srogo…
Logan – recenzja
Logan kończy swoje życie. Jest tego świadomy. To, co dawało mu zabójczą siłę, teraz go niszczy. Do tego chęci życia też niewielkie. Po prostu ten czas się skończył. I wtedy pojawia się ona. Mała, urocza, ale pół-dzika. Wygląda jak dziewczynka. A zabija jak Logan w najlepszych czasach.
Potem okazuje się, że powstała z niego.
A potem, że czyha na nią ogromne niebezpieczeństwo z rąk niezbyt życzliwych ludzi.
Razem z Profesorem X wyruszają w nieznane, by dotrzeć do miejsca, w którym mała będzie bezpieczna. Oczywiście, ci źli depczą im po piętach…
I – o czym wiedzą wszyscy – to ostatni film z Hugh Jackmanem i Patrickiem Stewartem, więc można było przewidzieć jak ta historia się skończy.
Płakłam srogo. Trzy razy. Rękawy mokre.
Oczywiście od razu znaleźli się tacy, którzy mówili, że to płytki, słaby, nędzny film dla opryszczonych gówniarzy. Well, w takim razie – ja też jestem jedną z nich. Dla mnie to dzieło to prawdziwy sztos. Po pierwsze, twórcy wreszcie poszli po rozum do głowy i po spektakularnym sukcesie „Deadpool’a” w kategorii wiekowej R, tu też zdecydowali się na film z pierdolnięciem. I właśnie tak jest! Brutalnie, krwawo i wulgarnie. Jest mnóstwo akcji, mnóstwo trupów, a krew leje się jak w hotelu Overlook. I tak miało być!
Więc gdzie w tym wszystkim miejsce na płacz?
Ano jest. Poza „wiadomą” strefą, w której poruszają się główni bohaterowie, jest też to drugie dno, bardzo emocjonalne, które dotyka w czułe miejsca.
„Logan” pięknie zamyka pewien rozdział. Robi to z szacunkiem dla widzów i aktorów.

