ON:

Jeśli miałbym nadać inny tytuł temu wpisowi to nazwałbym go „Dobre złego początki.” Dlaczego? Już wyjaśniam. Będąc z Papi w sklepie „nie dla idiotów”, w moje oczy rzuciła się okładka filmu „The box.” W tej chwili te moje dwie kulki w głowie zetknęły się, jakimś neuronem czy jak się to zowie poszedł sygnał do jednostki odpowiedzialnej za wspomnienia i mówię do Pauliny: „Weźmy to, to dobry film był.” Zwalę teraz wszystko na swój wiek. Ten „dobry” film, miał niezły początek, bo później otrzymaliśmy papkę, która nawet w małych ilościach pewnie nie byłaby jadalna. Z racji swoich lat po prostu mogło mi się zapomnieć jaki naprawdę był „The box.”

Ale po traumie, którą przyszło nam przeżyć, traumie trwającej prawie dwie godziny, mogę was spokojnie ostrzegać. Zaczęło się od tego, że pamiętałem, iż w filmie jest tajemnicze pudełko, którym związane jest czyjeś życie. I wiem na czym polegał mój błąd, pudełko a dokładnie skrzynia wystąpiła w filmie „The Collector”, o którym mamy też zamiar napisać. Zaczęliśmy oglądać film, który trzeba mu przyznać jest genialnie stylizowany na koniec lat 70tych. Ubrania, lokacje, pomieszczenia. Wszystko jest po prostu perfekcyjnie amerykańskie. Naprawdę trzeba oddać pokłon za pracę włożoną w te wszystkie elementy i szczegóły. No ale niestety, na tym kończy się słodzenie, teraz gorzka rzeczywistość.

Wygląda ona mniej więcej tak: Norma i Arthur Lewis mieszkają wraz z synem w Langley, w Virginii. Ona nauczycielka, on fizyk, czy jakiś inny chemik na ciepłej rządowej posadce. Ogólnie nie jest źle. Niestety w ciągu jednego dnia dowiadują się dwóch rzeczy. Ona, że szkoła zniosła zniżkę dla dzieci nauczycieli i od przyszłego semestru będą musieli płacić więcej za wyburżujoną naukę syna. On zaś dostał negatywną odpowiedź z N.A.S.A., gdzie aplikował do wymarzonej pracy. Troski codzienności do których dochodzi kolejna. Z rana pod ich drzwiami ktoś zostawia zapakowaną w szary papier paczkę. W środku znajduje się tytułowe “pudełko”. Dołączona jest do niego karteczka, na której widnieje informacja, że o godzinie 17-tej zjawi się w ich domu Pan Steward, który wytłumaczy im zasadę działania „the box”. Jak było napisane, tak też się stało. Punktualnie o 17tej u drzwi wejściowych, stanął starszy, elegancko ubrany mężczyzna. Jedynym felerem, jeśli można to tak nazwać, była jego koszmarnie zdeformowana twarz (jej lewa część wyglądała jak poparzona ). O tej twarzy będzie jeszcze kilka słów później. Pan „S” wchodzi do mieszkania i zaczyna tłumaczyć Normie zasadę działania dziwnej przesyłki. W ciągu 24 godzin, pudełko zostanie przeprogramowane i przekazane do innej osoby. Do tego czasu jeśli ona lub jej mąż zdecydują się nacisnąć czerwony przycisk ukryty pod kopułą pudełka, to wydarzą się dwie rzeczy. Oni otrzymają równiutki, wolny od podatków milion dolarów, a gdzieś w innym miejscu zginie jedna osoba. Prawdziwa niemoralna propozycja, której nie muszą się obawiać osoby nie posiadające sumienia. Na potwierdzenia prawdziwości swoich słów Pan Steward zostawia jej nowiusieńki 100-u dolarowy banknot.

Po powrocie do domu Arthur dowiaduje się od żony o propozycji dziwnego mężczyzny. Małżeństwo stanęło przed małym dylematem – co mamy zrobić? Koniec końców, ta która rodzi dzieci, może także podjąć decyzję o śmierci. Czyż nie? Norma naciska guzik. Gdzieś w drugiej części miasta słychać strzały, ktoś dzwoni po policję, ktoś wybiega z budynku. Na miejscu zbrodni policjanci znajdują martwą kobietę (kulka w serce) oraz zamkniętą w łazience, przestraszoną dziewczynkę. Lewisowie zaś dostają swoją „bańkę”. Do tego momentu mimo dość wolnej narracji, ten film jest całkiem niezły. Niestety, po ostatniej opisanej scenie, reżyser chyba za bardzo nie wiedział czy chce stworzyć thriller, film csi-fi o kosmitach, dramat obyczajowy, czy może jeszcze coś innego i niestety wpłynęło to na „drugą część” obrazu. Jak to się mówi po angielsku „long story short.” Ona i on zaczynają prywatne śledztwo, chcą wiedzieć kim jest pan Steward, kto zginął, czym tak naprawdę jest pudełko itd. Im dalej w las, tym więcej drzew, im głębiej się zanurzymy w „The box”, tym więcej absurdów otrzymamy. Pojawiają się dziwnie zachowujący się ludzie, krwawiący z nosa, w bibliotece są trzy wodne portale, z których jeden prowadzi tylko do zbawienia, a pan „S” pracuje dla swoich tajemniczych przełożonych, którzy poddają ludzkość testowi. Cała narracja jest prowadzona jednak bardzo wolno, przez co traci urok i odpowiedniego kopa. Szkoda bo mogło być naprawę intrygująco.

Richard Kelly, będący jednocześnie scenarzystą i reżyserem „The box”, jest dobrze znany fanom z okrzykniętego „kultowym” filmu „Donnie Darko.” Donnie był na pewno inny, ale także posiadał bardzo wolną narrację, która idealnie pasowała, do tego filmu. Może dlatego, że Darko, był taką chłopięcą wersją „Alicji w krainie czarów.” Tam scena, po scenie elementy układanki wpadały na swoje miejsce, aby na samym końcu pokazać nam naprawdę zaskakujący koniec. W przypadku „The box” możemy mówić o zjadaniu własnego ogona. Czy warto? Powiem tak – w ciągu dwóch godzin możecie przeczytać około 100-120 stron dobrej książki.

ONA:

– O, ten film jest mega! – zachwycił się pomiędzy półkami w bielskim Media Markt Dawid, dodając produkt do koszyka. W domu dość szybko zerwaliśmy w opakowania folię i włożyliśmy płytę do napędu. Dziś więc wieczór z Cameron Diaz. I jak za sprawą magicznej różdżki, szybko przenieśliśmy się w czasie do lat 70. Wzorzyste tapety, które dobrane były pod resztę mebli w mieszkaniach, w sposób dość psychodeliczny. Do tego Diaz, która odnalazła się w tej stylistyce bardzo, na której ciuchy z epoki leżą, jakby były w nią wszyte, a poza tym, ona już nas przyzwyczaiła do ról kobiet, które idą nieco pod prąd.

Młode małżeństwo zamieszkuje przedmieścia razem z ich synem. Jak to zwykle bywa – borykają się z problemami finansowymi. Norma pracuje w szkole, a Arthur jest naukowcem. Codziennie los rzuca im kłody pod nogi, najczęściej właśnie w postaci zobowiązań finansowych. I nagle pojawia się to coś. Pod drzwiami znajdują tajemnicze pudełko, z wielką szklaną kopułą, która skrywa czerwony przycisk. A do tego krótki list, z którego nie wynika nic – pan Steward pojawi się o którejśtam godzinie. I faktycznie tak się dzieje. Nazajutrz w drzwiach staje starszy, postawny mężczyzna, który ma okrutnie poparzoną twarz – coś w stylu Denta z Batmana. Facet wyjaśnia Normie na czym to wszystko polega. Jeśli nacisną guzik – dostaną 1 milion zielonych. Jednym kliknięciem rozwiązują wszystkie problemy finansowe. Po prostu – jeden milion dolarowy. Ale nie może być zbyt pięknie. Dostaną milion, ale w ten sposób skażą jakąś osobę na śmierć. Jeden guzik – jedno kliknięcie. Jedno kliknięcie – jeden milion. Jeden milion – jedna śmierć. Umrze osoba, której oni nawet nie znają i nigdy nie poznają kim ta osoba była. Bohaterowie są w szoku. Banknot parzy ich i jednocześnie przyciąga. Przecież i tak tej osoby nie znają. Wahają się, gdybają. I nagle, mniej lub bardziej świadomie, ona wciska guzik… A potem padają strzały. Norma wie, że to jej wina, dlatego chce dojść do prawdy…

I tu kończy się wszystko, co w tym filmie jest wartościowe. A nie, przepraszam – podobało mi się zakończenie, ale sam przebieg historii jest beznadziejny. Pomysł jest kapitalny – konwencja nieco thrillerowa, trochę tropiąca, o ważnych sprawach, o sile pieniądza, a tu nagle boom i oglądamy jakąś dziwną filmopodobną galaretę. Okazuje się bowiem, że to, co początkowo kroiło się na solidny dramat z dreszczykiem, jest filmem sci-fi, na dodatek lekko przekoloryzowany i niespójny, przy czym „lekko” napisałam z ironią, której nie jestem w stanie przelać na bloga słowami.

A Dawid będzie musiał odpokutować ten film jakimś jakąś ładną parą butów.