ON:

Nawet nie wiecie jakie było moje zdziwienie, gdy Paulina sama zaproponowała abyśmy obejrzeli horror. Ok, może nie do końca horror, bo „Egzorcyzmy Emily Rose” ciężko mi tak naprawdę podpiąć tylko pod ten gatunek, ale i tak miło, że sama zaproponowała takie kino. Jak wspominałem już nie raz, ja filmy grozy lubię bardzo, mimo tego, że później schizuję. Wyszło więc tak, że spędziliśmy kolejną niedzielę w łóżku, nadrabiając zaległości kinowe. Ten sposób spędzania weekendów jest wręcz idealny, bo często w tygodniu z racji swojej pracy po prostu się z Pauliną mijamy, ale w niedzielę leniuchujemy razem i mamy kolejne tematy do recenzji.

„Egzorcyzmy Emily Rose” są filmem, który ciężko mi, jako wielbicielowi horroru, oceniać. Tak naprawdę mamy do czynienia z kinem sądowym, coś jak „Klient” lub „Firma”. Na ławie oskarżonych ląduje ksiądz Moore, który jest oskarżony o przyczynienie się do śmierci młodej dziewczyny – Emily Rose. Według oskarżyciela powodem zgonu było odstawienie przez nieżyjącą już kobietę tabletek na jej domniemane schorzenie. Do zaprzestania brania leku przekonał ją właśnie Ojciec Moore i sam zaczął ją leczyć swoimi „egzorcystycznymi sposobami”. Na pomoc klesze przychodzi młoda, ambitna pani adwokat – Erin Bruner. Kobieta jest bardzo sceptyczna jeśli chodzi o wersje księdza, tym bardziej, że nie jest wierzącą osobą. Jednak kolejne dni procesu zmuszają ją do zmienienia swojego nastawienia.

Podczas trwającej rozprawy dowiemy się co tak naprawdę przydarzyło się młodej dziewczynie, czy diagnoza lekarska była prawidłowa i odstawienie leku było główną przyczyną śmierci. Pojawiają się nowe dowody, nowe wątki i poszlaki. Gdzie w takim razie jest horror, gdzie chwile budzące grozę? Już tłumaczę. Każdy ze świadków, mający coś do powiedzenia w tej sprawie, rzuci inne światło na całość wydarzeń. Zacznie się od dziwnych wydarzeń, podczas samotnej nocy w akademiku, w którym Emily mieszkała, a skończy się na „rytuale”, odprawionym w stodole blisko domostwa państwa Rose.

Sposób w jaki straszy film – jest specyficzny. Całość przypomina mi „Rytuał” z Hoppkinsem. Czyli najstraszniejsze są ciemne pokoje nocą, dziwne siły, wstępujące w ciało „opętanej” i to, że w tej historii może być bardzo dużo prawdy. Skądś się biorą wszystkie te opowieści, pojawiające się w naszych wierzeniach i legendach. Dlaczego babki opowiadają nam o duchach, ciemnych mocach i dziwnych rzeczach, które przytrafiały się im gdy były młode. Część z nich na pewno można wytłumaczyć naukowo, ale wiele z nich wręcz przyprawia o dreszcze.

„Egzorcyzmy” to film skupiający się na dwóch spojrzeniach na to, co jest człowiekowi nieznane. Mamy oskarżyciela, który wytłumaczy wszystko przy pomocy szkiełka i oka oraz panią adwokat, agnostyczkę, która zmienia swój światopogląd. Całość spodoba się wielbicielom kina w stylu „Egzorcysty”, „Rytuału” czy „Omenu”.

ONA:

Pamiętam szał na „Egzorcyzmy Emily Rose”. Z wszystkich stron uderzały mnie pytania czy już widziałam, czy mam zamiar, no i najważniejsze – czy budzę się o 3 w nocy. Nie, nie widziałam, nie mam zamiaru i jak zasnę, to śpię póki mnie budzik nie ściągnie na ziemię…

Po jakimś czasie stwierdziłam, że trzeba ten brak uzupełnić. Doszłam do 20 minuty. Wtedy mój organizm, a szczególnie psychika, nie były przygotowane na duchy i inne beboki. Potem próbowałam raz jeszcze, na jakieś suto zakrapianej imprezie, gdzie tłem były „Piły” i inne takie tam, ale przytępienie organizmu wodą ognistą sprawiło, że nie za bardzo skupiłam się na filmie Scotta Derricksona. Minęła kolejna spora dawka czasu. Wiecie, mamy taki notatnik, dosyć sporawy, w którym notujemy wszystkie filmy, które chcemy obejrzeć (po raz pierwszy lub po raz kolejny), bo nie ma opcji, żeby to wszystko zapamiętać. I kiedyś „od niechcenia” wpisałam tam „Egzorcyzmy Emily Rose”. Czas się z tym filmem w końcu zmierzyć!

Moje oczekiwania były ogromne. Nie, ogromne to za duże słowo. Były gargantuiczne! Chciałam się bać, chciałam mieć gęsią skórkę, chciałam czuć zimny oddech na szyi (nie mylić z szyjką). I co? Klapa, wielki zawód, jestem chyba pozbawiona uczucia strachu. Albo jeszcze nie widziałam solidnego straszera, albo „Egzorcyzmy” były słabe. Podejrzewam, że to o tą drugą opcję chodzi.

Film składa się z dwóch miksujących się części. Jedna to ta, którą poznajemy po fakcie, wiemy, że Emily zmarła podczas wykonywania na niej egzorcyzmów. Druga to właśnie historia dziewczyny… Raz widzimy historię z poziomu sali sądowej, na której toczy się rozprawa o nieumyślne zabicie młodej kobiety, a raz wchodzimy w skołowaną duszę, którą upatrzyły sobie duchy nieczyste. Co ciekawe, historia ta luźno opiera się na faktach, bowiem twórcy wzorowali się na życiu (i śmierci) Anneliese Michel, Niemki, która została opętana.

Pierwszą rzeczą, która mnie totalnie zaskoczyła, było to, że film jest niespójny. Z jednej strony mamy dynamiczne sceny z domu państwa Rose, gdzie Emily zjada pająki, z drugiej – dosyć nudne sądowe postępowanie. I okej, rozumiem, że to był specjalny manewr, ale twórcy mogli chociaż minimalnie podkręcić atmosferę, która działa się po tragicznych egzorcyzmach. Próbowali wkręcić tam znowu złe duchy i o wiele lepiej by się to oglądało, gdyby faktycznie zmieniły one brunetkę na blondynkę. Tak de facto to ten film jest dramatem, nie horrorem. Momentów, które budowały napięcie było jak na lekarstwo, za to mieliśmy ciągłe dyskusje na temat wiary, jej dogmatów i faktów – w tym wypadku medyczno-psychologicznych. W sali sądowej zderzają się dwa fronty, oba twierdzą, że kieruje nimi wyłącznie chęć przekazania prawdy. Z jednej strony agnostyczna pani prawnik, która ma bronić księdza, z drugiej katolik, który ma dowieść jego winy. I jedni i drudzy prześcigają się, wyciągając kolejne dowody, kolejnych świadków. Zatem fakt czy wiara? Kreacje aktorów nie należą do tych górnolotnych – ot, obyczajowe. Co prawda Jennifer Carpenter wyglądała faktycznie na opętaną, ale reszta przy niej to jedynie drugoplanowe rólki. Bez wątpienia film ma bardzo ładne zdjęcia. Tylko, że samymi kadrami nie da się zbudować napięcia.

Jestem skłonna stwierdzić, że w niedługim czasie moją filmografię egzorcyzmową uzupełnię o kilka innych fabularno-dokumentalnych, a póki co najbardziej podoba mi się „Constantine” i „Rytuał”.

Ps. Nie, nie budzę się o 3 w nocy. Nawet na siku.

Pps. Może ktoś polecić coś straszniejszego? Ja fanom grozy mogę zaproponować moją Pamiątkę I Komunii…