ONA:

„Merida Waleczna” to rewelacyjna, barwna bajka, pełna dynamiki, humoru, z przesłaniem. To również historia, która wydaje mi się bardzo bliska…

 Tytułowa bohaterka to rudzielec z burzą kręconych włosów, której charakterek doprowadza do rozstroju nerwowego rodziców, szczególnie mamę. Bo królowa Elinor liczy na to, że jej córka kiedyś zastąpi ją na tronie, posiadając przy okazji mężnego męża i gromadę dzieciaków, też najpewniej rudych. Ale Merida ma głęboko gdzieś pomysły mamuśki, ona chce strzelać z łuku, jeździć na koniu. Ambicją królowej jest, by córka znalazła dobrego męża. Król jest raczej lekkoduchem i mimo swoich szafiastych gabarytów, siedzi pod jej pantofelkiem – nie wtrąca się, ale jest między młotem a kowadłem. Z jednej strony ma córkę, która jest tak niepokorna jak on sam, z drugiej jest rozsądek, czyli żona, która przecież chce dla pierworodnej jak najlepiej. Obie kobiety kocha, ale zdecydowanie i dla własnego bezpieczeństwa – woli między te zagrywki nie wchodzić. A konflikt pomiędzy matką i córką nabiera impetu. To właśnie dlatego huragany noszą zawsze babskie imiona. A jeszcze ciekawiej zaczyna się dziać, gdy w królestwie pojawiają się pretendenci do ręki – co jeden to lepszy (i bardziej pokraczny). Cwana Merida słysząc, że o rękę królewny może walczyć tylko pierworodny, wpada na pomysł, że sama wystartuje, zdobywając w ten sposób wolność. Oczywiście, jako wybitna łuczniczka deklasuje konkurentów, narażając ich na hańbę, a ich ojców na złość. Ale wierzcie mi, najbardziej wkurzona jest królowa. Pędzi z niepokornym bachorkiem do komnaty, tam wrzeszczą obie na siebie, pada wiele złych i gorzkich słów, a Merida w ramach focha niszcz rodzinny gobelin i ucieka do lasu. Tam, kuszona przez niebieskie świetliki, trafia wprost pod drzwi czarownicy. No lepiej być nie mogło – zbieg okoliczności na wagę złota! Dziewczyna prosi wiedźmę, by ta za pomocą zaklęcia rozwiązała jej problem z matką. Tymczasem igranie z czarną magią okazuje się niebezpieczne.

Uwielbiam takie historie. Są jednocześnie mega zabawne i mają piękny morał. No i ci przerysowani bohaterowie. Nawet polski dubbing daje radę. Szczegóły są dopracowane, jak to w Pixarze – włosy Meridy, futra zwierzaków, widać praktycznie każdy podmuch wiatru. Nie mam zbyt wielu bajek, do których wracam, ale coś czuję po kościach, że „Merida” będzie należeć do tego grona.

PS. Moja mama ma na imię Alina. Alina, Elinor – mała różnica. Mam rudawe (sztucznie bo sztucznie, ale jednak) włosy, które kręcą się w sposób nieobliczalny. Nie śpieszę się do zmiany stanu skupienia, z (starej) panny na małżowinę i jestem cwana, to fakt. Jedyna różnica pomiędzy mną a Meridą jest taka, że ja nie strzelam z łuku, a z dupy, szczególnie, gdy się wkurzę, zirytuję, bądź coś (ktoś) nie działa według moich założeń. Wtedy Dejw schodzi na dół do kuchni, pokazuje mi niewidzialnie-widzialne fucki i mówi mamie, że ma mi coś powiedzieć, bo on mnie kiedyś zajebie, za to strzelanie z dupy o byle co.

ON:

Bajki Disney’a i Pixara mają to do siebie, że i stary, i młody znajdą w nich coś dla siebie. Na historyjkę o młodej córce „szkockiego” króla wybieraliśmy tak długo, że w końcu oglądnęliśmy to przyjemne dzieło na VOD. Właściwie nie wiedziałem czego się spodziewać, bo poza trailerem kinowym nie za bardzo śledziłem o czym jest film. Po prostu kolejna bajeczka dla dzieci, którą bardziej polubią dorośli.

Trzeba przyznać, że „Merida Waleczna” jest ślicznie animowana, a burza rudych loków jakie dziewczyna ma na swojej główce, po prostu żyje własnym życiem. Można powiedzieć, iż każdy element tej historii broni się sam. Poza przepiękną animacją, mamy stylizowaną na celtycką ścieżkę dźwiękową, skomponowaną przez Patricka Doyle’a, a ukoronowaniem całości jest całkiem zgrabna fabuła. Podobne opowieści mieliśmy okazję oglądać wiele razy. To po prostu opowieść o buncie młodzieńczym, wkurzaniu się na rodziców i problemach z tego wynikających.

Merida jest młodą księżniczką, jej ojciec zjednoczył trzy inne klany i dzięki temu pokonali zagrażających wszystkim wrogów. Problemem jest to, że mała ruda zaraza ma więcej jaj niż niejeden koleś. Woli łuk i strzały, galop na koniu i wspinaczkę po skałach, niż te wszystkie księżniczkowe bzdety. Wiadomo – czas sobie płynie, ruda nie jest już taka mała, wiec rodzice postanawiają wydać ją za mąż. Ojciec raczej średnio popiera ten pomysł, ale widać, że mamusia ostro trzyma go za jajca. W ten oto sposób panna wyskakuje z luźnych szat i wciska się w gorset, suknię i czepiec, co wcale nie jest jej na rękę. Do zamku przybywają głowy trzech klanów wraz ze swymi pierworodnymi. Trzeba przyznać, że co jeden z nich to lepszy. Merida nie chcąc zgodzić się na ożenek, przeciąga decyzję jak tylko się da i wymyka się poza mury zamku. Pech chce, że trafia do domku czarownicy i przekonuje ją aby ta rzuciła urok na jej mamę, bo może to zmieni jej nastawienie. Po przekombinowanym rytuale rudzielec wraca na włości z pysznym ciasteczkiem i zapodaje je rodzicielce. Jeden kęs skutecznie zniechęcił królową do spożycia reszty „felernego deseru”, ale i on wystarczył aby czar zaczął działać. Nie minęło kilka chwil, a królowa przeobraziła się w śliczną wielką niedźwiedzicę. Jak do tej pory było wesoło, to teraz bezie jeszcze lepiej. Przy pomocy trzech małych braci udaje się Meridzie i niedźwiedzicy wydostać się z zamku i kierują się do chatki baby-jagi. Starsza pani jednak zniknęła, bo poleciała na jakiś zlot i zostawiła magiczną automatyczną sekretarkę. Problem jest taki, że dziewczyna ma dwa dni na zdjęcie zaklęcia, bo inaczej mamusia na stałe zostanie niedźwiedzicą.

Merida jest taka, jaka powinna być bajka ze stajni Disney’a i Pixara. Ładna, czasem śmieszna, czasem wzruszająca, ma morał i happy end. Do tego jest okraszona śliczną ścieżką dźwiękową. Czego chcieć więcej. Na pewno obowiązkowa pozycja dla wszystkich rodziców, którzy chcą wziąć dzieciaka na seans do kina, a jeszcze lepsza pozycja dla takich starych koni jak ja, którzy lubią dobre animacje. Polecam.

merida waleczna marudzenie