ONA:
Woody Harrelson to jeden z tych aktorów, którego przyjmuję totalnie bezkrytycznie. Mogę oglądać komedie z jego udziałem i wtedy wiem, że zawsze będzie śmiesznie, mogę oglądać sensacje i dramaty – i wtedy mnie zaskakuje, bo okazuje się, że potrafi poruszyć i zaintrygować. Dla mnie jego najlepszym filmem jest „Skandalista Larry Flynt”, gdzie udowodnił, że mimo wielu wad, jest aktorem z najwyższej półki, chociaż ciągle niedocenianym.
„Skandalista…” powstał w 1996 roku. Wtedy też Woody zagrał w jeszcze w jednym filmie, w prostej komedii, która bazuje na gagach i rubasznych żartach, która nie jest poprawna politycznie, ale mimo to i właśnie dzięki temu – rozwala na atomy. Tym filmem są „Kręglogłowi”. Jeśli chodzi o fabułę, to raczej nie warto łudzić się, że ta komedia będzie miała drugie, głębokie dno, z zachwycającym przesłaniem, oj nie. Głównym bohaterem jest Roy Munson (Harrelson), który jest mistrzem gry w kręgle. Jego kariera rozpędziła się jak szalona i gdy pokonuje swojego największego rywala – Big Erna (Bill Murray – kolejny aktor, którego kocham totalnie, niezależnie w czym gra) ten nie umie pogodzić się z tą przegraną i postanawia zemścić się na konkurencie. Robi to w sposób uroczy – pozbawia go ręki. Piękna kariera poszła się paść. Moralność i życie Roy’a upadały w zastraszającym tempie. Biedak porzucił blichtr i chwałę i został akwizytorem (i alkoholikiem). I nagle z nieba spada mu cud w ludzkiej postaci. Tym cudem jest Ishmael (Randy Quaid) – młody i patologicznie religijny amisz, który ma wrodzony talent do kręgli. Roy postanawia wyrwać zdolniachę z rąk ortodoksów, zostać jego trenerem i wygrać mistrzostwa. Tylko jak to zrobić.
Droga do mistrzostw w sensie fizycznym i metaforycznym – jest długa. I bynajmniej nie usłano jej różami. I jak myślicie, kto będzie głównym rywalem tej fantastycznej dwójki w finale?
Mam jakiś fetysz jeśli chodzi o komedie, w których pojawiają się amiszowie. Jestem w stanie zrozumieć wiele, jeśli chodzi o kwestie wyborów życiowych, ale tej – za cholerę nie. Ale jednak spędziłam jeden wieczór, kiedy to wertowałam kolejne cyber-strony, by poczytać o tej wspólnocie, coraz szerzej otwierając oczy. Przerażające. Brr.
Ale wróćmy do filmu. Jego niewątpliwą zaletą jest lekkość w prowadzeniu fabuły, a dodanie solidnej dawki humoru – czasem chamskiego, czasem bezczelnego, ale wyobraźcie sobie scenę, kiedy to Roy w ciele komicznego Woody’ego z uśmiechem na ustach i białym czymś na brodzie chwali się braciom amiszom, że wydoił właśnie krowę, a oni mu odpowiadają, że niestety, ale krowy nie mają – to nigdy nie przestanie mnie śmieszyć (to też dużo mówi o niskim poziomie mojego humoru, ale co tam). Do tego Quaid w roli wyswobodzonego z kajdan wspólnoty kolesia, który jak tylko wyrwał się z domu, to zaczął robić to wszystko, co zgodnie z zasadami jego wyznania, ześle na niego piekielną karę. No i Murray i jego fryzura, o której można napisać kolejnych 400 wyrazów.
Ta komedia wpisuje się idealnie w podgatunek zwany „Bad taste”. I chwała jej za to!
ON:
„Kręglogłowi” czyli jedna z głupszych komedii z Woodym Harrelsonem, którą przyszło mi oglądać i jednocześnie jeden z tych filmów, do którego z miłą chęcią powracam. Wszystko przez to, że pomimo płytkiego scenariusza i słabej gry aktorskiej niejakiej pani Vanessy Angel, całości broni niezrównane trio: Harrelson, Quaid, Murray. Od razu mówię – nie mylcie „Kręglogłowych” ze „Stożkogłowymi”, bo to dwa zupełnie inne filmy, oddalone od siebie o tysiące lat świetlnych.
Głównym bohaterem tej komedyjki jest Roy Munson, młoda obiecująca gwiazda kręgli. W latach siedemdziesiątych zdobył jakiś tam puchar stanowy i swoje życie chce związać z tym sportem. Podczas jednej z rozgrywek pokonuje niejakiego Erniego McCrackena, kolesia zadufanego w sobie i pełnego jadu. Przegrana 1500 dolarów wyzwoliła w nim jeszcze większe pokłady wrednoty. Najpierw jakimś cudem samochód Roya potrzebuje nowego silnika, później podczas gry na kasę, zostaje wystawiony przez Erniego i traci dłoń. Widać McCracken nie pitoli się i załatwia sprawy do końca. Kariera Munsona legła w gruzach. Przez kolejne 17 lat pije, rzyga i znów pije. Stara się jakoś zarabiać kasę, ale idzie mu to jak krew z nosa. Kombinuje jak tylko się da aby płacić czynsz w terminie, ale nie zawsze się to udaje, co powoduje, że trzeba płacić w naturze – i to dosłownie. Cóż on niego wymagać jeśli jego dłoń zastępuje gumowa proteza zaczepiona o hak. Można powiedzieć, że jest on jak pirat. Jakaś kosmiczna siła chce, że Ray spotyka Ishmaela Boorga – Amisza, który ma “złotą rączkę” do kręgli. Dosłownie i w przenośni. Stara się przekonać unikającego elektryczności kolesia, że wspólne wzięcie udziału w turnieju kręglowym, odbywającym się w Vegas, może przynieść im obopólne korzyści. Nie jest to jednak łatwe, więc Roy ucieka się do chytrego planu, który jest tak szalony, że musi się udać. Tak, zdradzę sekret, panowie pojadą razem do Vegas, po drodze czeka ich kilka dość ciekawych przygód i spotkań, a na końcu Munson znów stanie w oko, w oko ze swoim największym wrogiem.
Dlaczego bardzo lubię ten film? Ponieważ jest chamski, wredny i złośliwy. Naśmiewa się ze wszystkiego co święte. Naprawdę. Mamy dowcipy nawiązujące do korporacji tytoniowej, kościoła, stosunków damsko-męskich, starych ludzi, młodych ludzi, sexu, wydalania itd. Różnica pomiędzy tymi gagami, a np. „Kac Wawa” jest taka, że komedia z ’96 roku wyśmiewa się z tego wszystkiego w sposób trafny i nawet jeśli nie do końca smaczny, to jednak wysublimowanie zajebisty. W „Kac Wawa” sami wiecie jak było. Poza tym, jak już wspomniałem, obłędne trio składające się z Murraya, Quaida i Harrelsona. Munson, jest życiowym nieudacznikiem i pijakiem, który ma jakąś swoją wizję świata. Ishmael to Amisz, który przez Munsona wkroczy na ścieżkę grzechu i rozpusty, a McCracken to wprost genialny we własnym zadufaniu dupek. Więcej nic nie potrzeba. Jeśli ktoś nie miał okazji jeszcze go oglądać, to niech poświęci mu te 100 min. i sam sprawdzi czy pokocha, czy też znienawidzi „Kręglogłowych”.
