ON:

Tak 2-3 dni temu Paulina zapytała się mnie czy mam ochotę wieczorem oglądnąć z nią „Skandalistę Larry’ego Flynta”, a ponieważ miałem dużo roboty, stwierdziłem, że niech odpali go, a ja będę sobie rzucał na niego okiem. Po 15 minutach, całą robotę diabli wzięli, a ja gapiłem się w ekran, chłonąc kolejne sceny tego naprawdę bardzo dobrego filmu. „Skandalistę” oglądałem kilka lat temu, będąc dużo młodszym facetem i wtedy nie zrobił on na mnie takiego wrażenia. Do kina obyczajowego, wręcz biograficznego trzeba dojrzeć. Mogę powiedzieć, że mi się udało? Nie wiem, nadal spotykam filmy, których nie jestem w stanie przetrawić, bo opowiadają historię nudną jak flaki z olejem. W tym przypadku jest inaczej.

Larry pochodził z zabitej dechami dziury, znajdującej się gdzieś w Stanach. Jego  lata dziecięce to obwoźny handel wódką po domach okolicznych moczymord. Kolejne sceny pokazują już dorosłego Flynta, który posiada własny, średniej kategorii, klub ze striptizem, ale ważne jest coś innego, tutaj poznaje swoją przyszłą żonę Altheę Leasure, kobietę, która będzie przy nim na dobre i na złe przez kolejne lata. Mimo specyficznego związku jaki ich łączy, widać, że jest to miłość prawdziwa. Kilka scen potwierdza tą tezę.  Zanim jednak, to wszystko się wydarzyło, pojawił się pierwszy numer jednego z najsławniejszych magazynów erotycznych, a może już pornograficznych – „HUSTLERA”. Larry wpadł na pomysł, że zwykli faceci, kierowcy ciężarówek i wszyscy statystyczni mężczyźni nie czytają „Playboya”, ponieważ nie są ich targetem. Ci kolesie potrzebują niewyidealizowanych dziewczyn, ale gorących, ostrych „cipek”, które pokażą „cipki”. „Hustler” był pierwszym magazynem, w którym dziewczyny rozchyliły nogi, a dodatkowo nabijał się ze wszystkiego i wszystkich. Dla Flynta i ekipy nie było świętości, ani ideałów. Właśnie dlatego magazyn oraz jego wydawca stali się celem nagonki ultrakatolickich obrońców moralności.  I właśnie o tym opowiada film, skupia się na kolejnych sprawach sądowych wytaczanych przez grupy nawiedzonych ludzi. Poza tym, to filmowa biografia, skupiająca się na kilku najważniejszych scenach z życia „skandalisty”. Zobaczymy jego ślub, zamach na jego osobę, poznamy skąd się wziął pierwszy milion dolarów na jego koncie. Dowiemy się jak po każdym upadku, nawet tym najgorszym jakim był paraliż, Flynt „wstaje na nogi”.

Reżyser, Milos Forman, mający w swoim dorobku takie klasyki jak „Lot nad kukułczym gniazdem” czy „Amadeusza”, po raz kolejny stał się ojcem naprawdę wyjątkowego dzieła. Jako człowiek, który uciekł zza żelaznej kurtyny, najlepiej wie jak wygląda cenzura, a ona jest jednym z głównych tematów, na których skupia się “Skandalista Larry Flynt”. Mówi o wolności jednostki do głoszenia swoich opinii oraz wyrażania poglądów. Dzięki „pierwszej poprawce” jaka znajduje się w konstytucji Stanów Zjednoczonych, takie osoby jak właściciel “Hustlera” mogą spokojnie głosić swoje tezy bez obawy przed kolejnymi „oszołomami”.

Całe dzieło dopełnione jest świetnymi rolami Woody’ego Harrelsona oraz Courtney Love. Ta dwójka jest  jak dwa pociągowe, niestrudzone konie. Harrelson jako Flynt – niepokorny i nieposkromiony, to narwaniec i jednocześnie geniusz, który zbudował swój „porno raj”. Courtney – na początku nijaka, do momentu gdy przechodzi metamorfozę i z przykładnej żony staje się wychudzoną, rozchorowaną narkomanką, wtedy mamy do czynienia z naprawdę dobrze zagraną rolą.

Ponieważ film opowiada o skandaliście nie mogło się obyć bez skandali. Na plakatach kinowych możemy zobaczyć postać Flynta, która jest ukrzyżowany na nagim kobiecym łonie. Zdjęcie to wzbudziło bardzo wiele kontrowersji, a wielu miejscach było cenzurowane lub niszczone. O, taka ciekawostka.

Dla mnie warto, bo to naprawdę kawał dobrego kina, pokazującego zaściankowość USA oraz jak na seksie można zarobić, jeśli tylko ma się pomysł.

ONA:

Dziś drogie dzieci, porozmawiamy o wolności. Kto wie co to jest „wolność”? Wolność to brak osobistego zniewolenia. Jest istnieniem dobra, jest źródłem godności, jest czynnikiem istnienia. Wszystkie te elementy tworzą jej fundament. Mamy wolność od i do. Mamy wolną wolę, wolne oprogramowanie, mamy, wolność religijną, gospodarczą, wolność zgromadzeń i wolność słowa. Ooo właśnie, wolność słowa. Film, który dziś wałkujemy, jest o wolności słowa, wolności wybierania, o możliwości bycia osobą nieograniczoną żadnym murem, złożonym z cegieł konwenansu. Dziś o „Skandaliście Larrym Flyncie”, chociaż oryginalny tytuł – „The People vs. Larry Flynt” jest o wiele lepszy.

Dla mnie – życiowa rola Woody’ego Harrelsona. Ale ustalmy coś, osoba, która miała zagrać pierwszego bojownika o wolność słowa w „naszych” czasach, sama powinna mieć podobne ideały. A nie jest tajemnicą poliszynela, że Woody lubi sadzić i palić zielone roślinki, za co nie raz bekał przed wymiarem sprawiedliwości. W filmie główną rolę ma wolność, którą odnajdujemy w wielu bohaterach. Oczywiście najbardziej – w głównej postaci. Larry Flynt zaczynał tak, że trudno uwierzyć, że doszedł do czegokolwiek, włączając w to umiejętność pisania i podcierania się. Ale smykałkę do interesów miał od małego, kiedy to zauważył, że księżycówka z ziemniaków jest towarem potrzebnym, a zapotrzebowanie było dość znaczne. A potem otworzył klub z laskami. Na początku lat 70tych otworzył budę z tańczącymi kobietami, a cztery lata później zaczął wydawać magazyn typu pornos. Początkowo był to jedynie biuletyn, ale zachęcony pozytywnymi opiniami, Larry postanowił uderzyć w szersze grono odbiorców. I wszystko byłoby okej, gdyby nie moralność. Nagle oczy całych Stanów spojrzały na „Hustlera”. Jedni zacierali ręce (w ramach gry wstępnej), inni z oburzeniem i obrzydzeniem chcieli pozbyć się tych materiałów. A twórcy magazynu, z Flyntem na czele, mieli głęboko tych drugich i robili wszystko, żeby jeszcze bardziej zaszokować opinię publiczną… Św. Mikołaj z penisem w ręce, scena seksu w Krainie Oz, genitalia na wierzchu, zabawy homo, hetero – typowy dzień w pracy w magazynie „Hustler”. No i w końcu doszło do pierwszego aresztowania. Obroną Flynta zajął się młody japiszon, Alan Isaacman. Jak sam wielokrotnie podkreślał, nie był on fanem twórczości Larry’ego. Ale podobnie jak jego „pracodawca” cenił sobie wolność – wolność słowa, wolność wyboru. Bo tak de facto o to w tym filmie chodzi. O wolność. Nikt nie namawia do oglądania lub tworzenia porno, czy tam picia i ćpania. Tu chodzi o możliwość dokonania wyboru, który nie jest szykanowany, podważany, zabraniany. Jeżeli mam ochotę w zaciszu własnego domu siąść do pornosa, z flaszką i gramem, jeśli mój wybór nie ogranicza innych – to dlaczego ktoś ma mi tego zabronić? Bo w opinii innych jestem niemoralna?

Kolejne sceny w filmie to ciągłe batalie sądowe. Na zmianę widzimy szalone pomysły Flynta, który za wszelką cenę chciał przykuć uwagę ludzi i kolejne rozprawy, z mądrymi słowami jego adwokata, który udał mu się wybitnie. Ten duet przykuwa uwagę swoimi przeciwieństwami. Jeden trolluje, wierci dziurę w brzuchu Ameryki, a drugi wyjaśnia, spokojnie, bez emocji, logicznie rozkładając na część konstytucję i Pierwszą Poprawkę. I kiedy tak wracali po kolejnej batalii sądowej, padły strzały. Dla Larry’ego ten postrzał oznaczał pożegnanie się z jego ulubionymi rozrywkami, bo z kolesia, który szczycił się szczytowaniem 6 razy dziennie, stał się kaleką, przykutą do wózka, sparaliżowaną od pasa w dół… Kolejny cios od życia nadszedł stosunkowo szybko. Jego ukochana żona, kobieta, która była jak on, tylko z małymi różnicami anatomicznymi, najpierw szybko uzależniła się od dragów, a potem zeżarł ją AIDS…

Finałowe sceny wzruszają, mimo wszystko. I dają nadzieję, że jak człowiek broni swoich ideałów, to one obronią jego. Film otwiera oczy na wiele kwestii. Uczy, ale nie moralizuje, wręcz odwrotnie. Bardzo lubię, często do niego wracam i za każdym razem, po każdym seansie łykam inną „naukę”.