ONA:

Już jakiś czas temu odkryłam, że komedie, w których paluchy maczał Adam Sandler są rewelacyjnym lekarstwem na smuta. Niektóre z nich są jak alkohol, mleczna czekolada, pianki marshmallow i lody podane w jednym czasie, inne jak rozmowa z bliskim, a jeszcze inne są po prostu rewelacyjną, prostą formą, która świetnie spełnia najważniejsze oczekiwanie – one po prostu bawią.

Zaczynamy od retrospekcji. Cofamy się w czasie i widzimy młodych chłopców, którzy rozgrywają jakiś ważny koszykarski mecz. Wygrywają. I udaje się im to nie tylko dzięki świetnym umiejętnościom, ale przede wszystkim dzięki trenerowi, który solidnie zbudował ich motywację. To, co mówi do swoich małych podopiecznych po wygranym pojedynku, na zawsze wryło się w ich głowy… Mijają trzy dekady. Lenny (Adam Sandler) jest dzianym hollywoodzkim producentem, z apetyczną żonką (Salma Hayek) i dzieciakami, które uzależnione są od elektroniki. Przez cały film miałam wrażenie, że jego bogactwo, sukces i pozycja go niemożliwie krępują. Innym bohaterem jest Eric (Kevin James), który dorobił się solidnej gromadki potomków i niezłego brzucha. On z kolei za wszelką cenę chce ukryć to, że właśnie wylali go z pracy. Poza tym, stara się nie zwracać uwagi na to, że Sally (Maria Bello), jego żona, ciągle karmi cycem syna, który ma już 48 miesięcy. Kurt (Chris Rock) z kolei jest kurą domową, która utknęła między garami, teściową, a zgrają dzieciaków, podczas gdy jego ślubna (przy nadziei) robi karierę. No nie powiem, nie każdy facet byłby gotów na takie poświęcenie. Jest też wieczny singiel, żyjący totalnie beztrosko (czyt. dupeczki i alkohol), czyli Marcus (David Spade) i najbardziej popieprzony z całej paczki kolegów z boiska – Rob (Rob Schneider), który ma tupecik, starszą o wieeele lat od siebie kobietę, dziwną pracę i jeszcze dziwniejszy światopogląd. Panowie nie widzieli się od dawna. Kariery, obowiązki – no nie było im po drodze. I niestety, jak to zwykle bywa, dopiero złe wiadomości zmuszają, choć właściwie powinnam napisać „mobilizują” ich by spotkać się razem raz jeszcze. Niestety, ich mentor, ich przyjaciel, ich wzór umiera. Panowie chcą uczcić pamięć swojego trenera i spotykają się na jego pogrzebie. Zabierają oczywiście swoich najbliższych i na weekend zaszywają się w domku, w którym nie raz szaleli za młodu. Spotkanie to będzie okazją nie tylko do wspominania ich trenera, ale to również szansa by zastanowić się nad własnym, dorosłym życiem. Czy jest ono takie, o jakim marzyli? Czy spełniają się w swoich rolach? Czy są szczęśliwi? I najważniejsze – czy tylko ich dzieci są egoistycznymi, wiecznie znudzonymi bachorami, które nie potrafią bawić się niczym, poza rzeczami na baterie? Panowie postanawiają przypomnieć sobie beztroskę z młodzieńczych lat, dając jednocześnie swoim pociechom przykład na dobrą, niekoniecznie bezpieczną i poprawną zabawę, ale taką, którą wspomina się nawet po upływie trzydziestu lat.

Filmy Adama Sandlera mnie nie zawodzą. Nie ma takiej opcji. Po raz kolejny miałam przed oczami świetną, śmieszną i pozytywną produkcję, która totalnie wpasowuje się w mój chory i skrzywiony humor. Relacje pomiędzy głównymi bohaterami zwalają na kolana. Ich wzajemne wrednostki i docinki powodują salwy śmiechu, ale jednocześnie zaczęłam się zastanawiać jakie będzie moje spotkanie z kumplami z młodości, gdy minie tak wiele lat. Oczywiście Sandler przepycha nieco ckliwe momenty, przy których mamy wrażenie, jakbyśmy wyjadali słodzone mleczko skondensowane prosto z puchy, ale potem wraca droga i jakże lubiana przez Marudów niepoprawność polityczna i wszystko znowu jest na miejscu (z tego miejsca pragniemy pogratulować Whitney Houston roku bez kokainy).

Film nakręcony jest poprawnie, ma wiele ładnych scen i takich naładowanych pozytywną energią scen. Ogromny plus należy się za odkopanie kilku przykurzonych karier i obsadzenie ich w rolach nietypowych dla nich. Adam S. jest dla mnie królem komedii. Lubię go przestraszecznie, a Ty polub nas na fejsuniu!

ON:

Kiedyś było tak, że nie przepadałem za filmami z Adamem Sandlerem, wydawały mi się bardzo głupkowate i nie wywierały na mnie jakiegoś ogromnego wrażenia. Wiele się zmieniło. Dorosłem, pracuje i czasem mam taki zajob, że nie wiem w co włożyć ręce. Chyba każdy z nas tak ma. Po ciężkich dniach, a czasem i tygodniach, mam tylko tyle siły, aby wskoczyć pod prysznic, a później walnąć się do wyra. Wiece co jest wtedy najlepsze? Reset mózgu. Nie mówię o headshocie, bo to reset jednorazowy, ale o seansie przy kinie łatwym, lekkim i przyjemnym. Do takich zaliczają się produkcje Sandlera, z filmem „Duże dzieci” na czele.

Na początku ostrzegam, że temu obrazowi daleko do fenomenalnych „Jaj w tropikach”, czy też „Spadaj Tato”. To jednak niższa półka, brak tutaj „tego czegoś”, co znajdowało się w tamtych dwóch dziełach i powodowało, że czasem dosłownie płakałem ze śmiechu. Tak czy inaczej, jako danie na wieczór daje radę. Wszystko zaczyna się ujęciami z sali do koszykówki, na której trwają zawody małej ligi. W ostatniej sekundzie jeden z graczy trafia „za 3” i jego drużyna wygrywa mecz. Zwycięstwo należy do 5 szkolnych kumpli. Mija dobrych 30 lat. Panowie się postarzeli, mieszkają w różnych częściach Stanów, mają własne rodziny, problemy i życie. Jednak dociera do nich informacja, że trener, który doprowadził do ich wygranej, niestety zszedł z tego świata. Wieść rozchodzi się błyskawicznie i koledzy decydują się przyjechać na ostatnie pożegnanie. Przez te 30 lat wiele się zmieniło, ale Lenny, Eric, Kurt, Marcus i Rob zawsze byli dobrymi kumplami, a pogrzeb dał im sposobność do powtórnego zawężenia więzów. Lenny wpadł nawet na chytry pomysł i wynajął duży dom nad jeziorem, w którym mężczyźni wraz z rodzinami spędzą weekend. Właśnie ta decyzja jest podwalinami pod to, co później się wydarzy. Mający dobrze po trzydzieste panowie wracają do swoich czasów młodości. Znów wychodzą z nich dzieciaki. Głupie zabawy, pomysły i dowcipy. Radość z tego wypoczynku najpierw czerpią tylko oni, ale później przechodzi ona na ich żony i dzieciaki. Domek w lesie stał się dobrym miejscem na ponowne przemyślenie spraw, rozprawienie się z własnym życiem i przeszłością, dla dzieciaków to była nowa lekcja, a dla żon nareszcie chwila z dala od obowiązków.

Film się ogląda sam, ale ma on przestoje i brak w nim czasem mocnego kopa, dlatego wcześniej napisałem, że daleko mu do innych produkcji z Sandlerem. Jest tutaj kilka mocnych akcji, jest prześmieszny pies ze skróconymi strunami głosowymi, mamy Buscemiego w gipsowej literce Y, lecz to nie wystarczyło. Taka komedyjka do poduszki, o której zapomnicie po kilku dniach. Po produkcjach, w których Adam S. maczał palce przyzwyczaiłem się spodziewać więcej.