ON:
Z serialami jest tak, że przeważnie je sobie odpuszczam. Spowodowane jest to tym, iż ciężko jest mi wygospodarować tyle wolnego czasu, aby przebrnąć przez np. sześć sezonów jakieś telewizyjnej produkcji. Ostatnimi „tasiemcami”, jakie ugryzłem praktycznie całe, były „House” oraz „Sons of Anarchy”. Oba, pomimo, że zupełnie od siebie różne, potrafiły mnie przyciągnąć na bardzo długi czas. Niestety, minęły lata beztroski i seriale odłożyłem na półkę. Zdarzyło mi się czasem „looknąć” na coś w odcinkach, ale przeważnie były to wyłącznie krótkie serie, takie jak „Sherlock”. Od dobrych kilku tygodni, a może i miesięcy, z wielu stron docierały do mnie informacje, że Netflix wyprodukował świetną, „polityczną” produkcję. Mowa tutaj o „House of Cards”. Jakoś nie chciało mi się w to wierzyć, ale do pierwszego docinka przekonały mnie dwie rzeczy, a dokładnie dwa nazwiska – Fincher i Spacey.
Kultowy już reżyser „Fight Club” zabrał się za polityczną opowieść o rządzy, zdradzie, szantażu i przepychankach na najwyższych stołkach amerykańskiego parlamentu. Pewnie sam jego kunszt do osiągnięcia sukcesu by nie wystarczył, ale w swojej ręce dostał wspaniałe narzędzie, w postaci genialnego wręcz Kevina Spacey. Dołóżmy do tego fantastyczny scenariusz, na podstawie powieści Michaela Dobbsa, a otrzymamy pikantne ciasto doprawiane intrygami. Nie spodziewałem się, że tak bardzo może mnie wciągnąć serial o polityce. Naprawdę! Pierwszy sezon, składający się z 13 odcinków, łyknąłem w dwa wieczory. Złapał mnie syndrom “jeszcze tylko jeden epizod”.
Senator Francis Underwood (Spacey) po wyborach prezydenckich dowiaduje się, że nie otrzyma obiecanego stołka sekretarza stanu. Dla człowieka, który poświęcił całe swoje życie dla kariery politycznej, był to policzek i zniewaga, które bardzo ciężko jest znieść. Długo zastanawiał się nad swoim kolejnym krokiem, a wiadomo: „Pokorne ciele dwie matki ssie”. Trzeba więc było dobrze zagrać na dwa fronty. Underwood uknuł w swojej głowie misterny plan, mający doprowadzić do odejścia prezydenta i zastąpienia go sobą. Jest to plan diaboliczny i wręcz nieosiągalny – lub inaczej: niemożliwy do zrealizowania bez odpowiednich osób i zaplecza. Francis może jednak polegać na kilku współpracownikach oraz na żonie – atrakcyjnej Clair (Robin Wright). Każdy z odcinków pokazuje jak „ciekawe” jest to małżeństwo. Ona prowadzi fundację charytatywną i z jednej strony odcina się od polityki męża, z drugiej wykorzystuje jego koneksje i kontakty po to, by wyciągnąć więcej pieniędzy na badania przeprowadzane przez jej ekipę w Afryce. To otwarty związek, gdzie nie ma zazdrości, gdy druga osoba prześpi się z kimś w celach biznesowych. Underwood jest wyrachowanym bydlakiem, ale jego zachowanie potrafi wzbudzić naszą sympatię, jego cynizm, machlojki i logiczne podejście do spraw powoduje, że z zapartym tchem obserwujemy jak likwiduje kolejne piony na szachownicy władzy. Jest szarą eminencją, która z odcinka na odcinek przeobraża się w bezwzględnego rekina i posunie się do wszystkiego, aby tylko dotrzeć do celu. W cały plan wmanipulowana zostaje młoda dziennikarka, gdyż dla niej współpraca z senatorem jest ogromną szansą. Cynk, jaki od niego dostaje, powoduje, że z dnia na dzień staje się gwiazdą, ale za sławę trzeba płacić, za informację też. Jedyną walutą jest jej młode, jędrne ciało, które z chęcią posiądzie Francis. Kolejną osobą, pojawiającą się w serialu, jest pomocnik naszego bohatera – Doug Stamper, to jego prawa ręka i zaufany człowiek, który stoi u boku parlamentarzysty od lat. Specyficzne zachowanie nie pozwala określić czy jest on biały, czy czarny, często po prostu lawiruje w odcieniach szarości. Jak potoczy się historia? Czy Underwood zdobędzie stołek? Jaki wpływ na jego małżeństwo będą miały kolejne decyzje podjęte prze niego i jego żonę? Na to i wiele innych pytań znajdziecie odpowiedzi w „House of Cards”.
Ten serial nie ma złych momentów, nawet delikatnie słabsze odcinki pierwszej serii są naprawdę bardzo dobre. Oglądając tę produkcję nie zauważymy nawet, że mamy do czynienia z taką formą, ale może mieć na to wpływ budżet, który wyniósł 100 milionów dolarów. To pewnie tyle kasy, ile nasza polska kinematografia nie zobaczy przez najbliższe dziesięć lat.
Jeśli lubicie polityczne klimaty to jest to pozycja obowiązkowa.
