Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

SERIALE

Californication (TV series)

ONA:

Od razu się przyznam: nie jestem typem serialowym. Drażni mnie to wyczekiwanie na kolejny odcinek, o którym najczęściej zapominam, mylę wątki, mylę bohaterów i generalnie mam bardzo wybredny gust. Właśnie przypomniałam sobie, że czeka na mnie nowy odcinek „Grey’s Anatomy”…

Zrobiłam sobie listę seriali, które oglądam, oglądałam, do których wracam i które przede wszystkim lubię. Osiem pozycji – niewiele moim zdaniem. Znajomi oglądają po 15-20 seriali, ja bym dostała padaczki po pierwszym tygodniu. Na czele stoi od zawsze „Sex and the city” – jestem wierną, zakochaną fanką i robię sobie czasami tygodnie z wszystkimi seriami. Smutno, że się skończył, smutno, bo wersje filmowe nie pojawiają się jakoś wybitnie często – ale jest, to najważniejsze. Nawet Dawida przekonałam do historii czterech kobiet z Nowego Jorku. Numerem dwa jest wspomniany już „Grey’s Anatomy” – jedyny serial medyczny, który oglądam z wypiekami i który znajduje miejsce w moim kalendarzu w (prawie) każdy piątek, gdy pojawia się nowy odcinek. Kiedyś o tej fascynacji napiszę. Mam za sobą też wszystkie serie „ER” i niby to też tematyka medyczna, ale podobnie jak „Dr House” – nie ujęło mnie to za bardzo. A skoro już jestem przy kulawym doktorku, to próbowałam wielokrotnie, ale mam pecha do słabych odcinków, które trąciły nudą. I wydaje mi się, że dla mojej wątpliwej skromności i przerostu ego nie będzie dobre oglądać istnego boga ironii, jeszcze się czegoś nauczę. Dobra, zostawmy szpitale. Idźmy w kobiety. Tu nieubłaganie rządzą „Desperate housewives” i „Ally Mc Beal”. Przepadam też za „Friends”, szczególnie za męską częścią, ale muszę sobie ich dawkować z umiarem, bo Phoebe drażni mnie do granic przyzwoitości. Na końcu listy dumnie pręży się „Sherlock” i „Californication”. I jak dorosnę, zostanę Hankiem Moody’m.

Główny bohater „Californication” to totalny hedonista, rockandrollowa dusza, ze słabością do dragów, alkoholu i dup. Do tego jest diablointeligentnym zawadiakom, który wpada w tarapaty częściej, niż nabiera powietrza do płuc. Jest pisarzem. Ma kobietę swego życia, Karen, z którą spłodził uroczego inaczej bachorka – Beccę. Ma też oddanych przyjaciół: Charliego (który jest jednocześnie jego agentem) i jego żonę Marcy. I właśnie ta mała, niepozorna brunetka, która wciąga koks jak odkurzacz i jest mistrzem w woskowaniu broszek, jest moim drugim ulubionym bohaterem w serialu. Hank ma przed sobą widmo pięknej, oszałamiającej kariery, ale cóż, on lubi psuć. Pierwsze, co niszczy, to swój związek z Karen. Nigdy nie zdecydowali się go sformalizować, ale kobieta jest jego muzą i to dla niej oddycha. Ale co poradzić. Za każdym razem, gdy w mniej lub bardziej spektakularny sposób para się rozstaje, ryjąc banię przede wszystkim ich nastoletniej córce, po czasie jesteśmy świadkiem powolnego upadku Hanka. A potem znowu mamy come back. Po drodze przewijają się kolejni bohaterowie, którzy przemijają przez życie pisarza, komplikując i ubarwiając je.

David Duchovny okazał się idealnym odtwórcą tej roli. W ogóle aktorzy dobrani są w sposób rewelacyjny. To, co dzieje się pod kalifornijskim niebem, to jeden wielki rok n’roll, który wcale nie skończył się w latach 70. Do pozazdroszczenia, poważnie. Serial nie ma świętości. Tu nic nie jest oczywiste. Sex z zakonnicą mamy na dzień dobry. Sex z nieletnią, wątpliwa monogamia, dziwki, dragi, różne wariacje na temat wyrazu „fuck”. Moody przechodzi przez kilka metamorfoz, aktualnie próbuje ukończyć odwyk – z marnym skutkiem. Uwielbiam to, że tłem muzycznym są genialne kawałki, właśnie rockowe, które podbijają klimat i odkopują przykryte grubą warstwą kurzu utwory. Uwielbiam to, w jaki sposób budowane są więzi pomiędzy bohaterami. Mamy kilka ważnych uczuć, które nie zmieniają się nawet przy największym popapraniu. Mamy miłość do córki i próbę uchronienia ją przed swoją własną historią, mamy miłość do kobiety, która okazuje się ekstremalnie silna i słaba jednocześnie. Mamy przyjaźń – ponad wszystko. Nie trudno dojść do wniosku, że to film o współczesnych ludziach, przy czym w Polsce takie elementy socjologiczne pojawią się za około dekadę. Jeszcze za wcześnie. Co jeszcze mnie urzekło? Wnętrza, budynki, stylizacje, fajnie potarmoszone fryzury – takie tam babskie fetysze. Mamy fajne zdjęcia, mamy ciekawe fabuły, chociaż jest wiele odcinków, które dobijają nudą. Ale potem pojawia się jakiś stary-nowy wątek, odkopany problem, albo całkiem nowy, który unosi się na tafli i robi wszystko, by zostać zauważonym. Najbardziej ubolewam nad tym, że w serii odcinków nie jest jakoś wybitnie dużo (po 12) i że są one krótkie. No i na kolejne serie trzeba czekać do porzygania długo.

Jeśli jest jeszcze ktoś, kto lubi taki klimat albo może chce zobaczyć nieco alternatywny świat, który mimo wszystko ma sens i jest wartościowy – polecam. Jeśli ktoś chce posłuchać dobrej muzy i nacieszyć oczy – polecam. Nie polecam wszystkim tym, którzy cenią poprawność polityczną.