ONA:
Ja, niskim barytonem z dykcją i akcentem świetnego lektora: „George Clooney iiiii Nicole Kidman w filmie (dłuższa pauza) Peacemaker”.
Zacznę od tego, że gdy po raz pierwszy zobaczyłam Clooney’a w „Ostrym dyżurze”, ze dwie dekady temu, z miejsca zakochałam się w nim. Dla mnie jest aktorem wszechstronnym, który jak czegoś nie dogra, to przynajmniej dowygląda. Uwielbiam go w rolach zawadiaków, który nie są posłuszni i beznamiętni. Przed nami niedługo seans z wszystkimi częściami „Ocean’s…” i szczerze – już nie mogę się doczekać.
Ale do rzeczy. Wzięło mnie na „Peacemakera” z zaskoczenia. Dawid wyraził zgodę, pies zasnął po 2 godzinnym szaleństwie po kałużach, zatem do dzieła. Mimi Leder, wieloletnia reżyserka „Ostrego dyżuru”, postanowiła sprawdzić swoje umiejętności na dużym ekranie. Jej twórczość niestety, nie urywa tyłka, ale produkcja z 1997 roku daje radę. Mamy tu wszystko to, co w tamtych czasach składało się na całkiem udaną sensację nuklearno-polityczną.
Bośnia. Pierwsza minuta filmu – pierwszy trup. Potem Rosja, gdzie pod osłoną nocy zaczyna się dziać coś dziwnego i niepokojącego. Coś się szykuje, jeszcze nie wiemy co, ale rosyjskobrzmiąca mowa nie wróży nic dobrego (ach, te ukryte przesłania w filmach!). Mamy wojsko, mamy mgłę, mam generała, który pyta czy wszystko jest już gotowe. Wielka tajemnica! Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o dupę, kasę, broń lub władzę. Początek filmu jest solidny.
Przenosimy się do Stanów, gdzie w agencjach bezpieczeństwa zaczyna robić się jak w ulu. Dlaczego? Wybuch na Uralu (to właśnie ten solidny początek) odnotowano praktycznie na całym świecie. Według fachowców, było toś o wiele gorszego niż Czarnobyl. Zderzyły się ze sobą dwa pociągi, z czego jeden przewoził broń potężnego rażenia. Wypadek? Nie, nie wydaje mi się. To był atak terrorystyczny pełną gębą. Jedyną osobą, która wydaje się być na tyle kompetentną, by rozwiązać tę tajemnicę jest dr Julia Kelly (Nicole Kidman jeszcze sprzed epoki botoxu i wypełniaczy – czyli rasowa brzydula). Do pracy przydzielony jest jej pomocnik, niepokorny wojskowy Thomas Devoe (George Clooney), który ma swoje metody, niekoniecznie zgodne z prawem i hmmm honorem? W każdym razie – ma on i wiedzę, i koneksje, i instynkt. Jest dobry w tym co robi. W końcu para jakoś ze sobą zaczyna współdziałać i wielka tajemnica wybuchu powoli zaczyna mieć ręce i nogi. Zaczynają się poszukiwania: kto, kiedy, jak i – co najważniejsze – dlaczego… Czas ich goni, bo oczywiście w niedługo nie będą już nic w stanie zrobić, by ochronić ludzi.
Bez dwóch zdań – film akcje ma napiętą. Nie jest to jednak dzieło, przy którym w ferworze emocji zaczynasz obgryzać paznokcie swoje i sąsiada. Strasznie podobała mi się muzyka, ale ustalmy coś – Hans Zimmer nie ma słabych produkcji. W dużej mierze jemu zawdzięczamy tworzenie napięcia i klimatu. Całość prezentuje się bardzo „Twierdzowo”. Jak na tamte lata, metody i techniki, warstwa efekciarska również daje radę. Jedyne co razi (poza aktorstwem Kidman, która jest mega sztuczna) to słabe synchro pomiędzy ruchem ust aktorów i ich kwestiami. W kilku miejscach wyglądało to komicznie.
„Peacemaker” to film całkiem niezły, więc fani tego typu akcji powinni być zadowoleni. Ja byłam i za każdym razem jestem.
ON:
Jest jeden film, który mogę oglądać wielokrotnie i nigdy mi się on nie znudzi. Mowa o „The Rock”. To fantastyczne kino akcji, z idealnie pasującą do niego muzyką Hansa Zimmera, rozkochało mnie w sobie tak bardzo, że nie potrafię o nim powiedzieć złego słowa. Dlaczego wspominam o tamtym dziele? Bo Paulina stwierdziła, że także oglądniemy coś o terrorystach i rakietach. Padło na „The Peacemaker”.
Zacząłem od „Twierdzy” ponieważ znalazłem pomiędzy oba obrazami wiele podobieństw. Albo inaczej, film niejakiej Mimi Leder, chciałby być tak dobry jak dzieło Michaela Baya. Niestety, pani reżyser „Podaj dalej” i producentka „Ostrego dyżuru” chyba troszkę za mało wie o kinie akcji i przez to jej dzieło wyszło takie sobie. Ma ono momenty, np. pościg samochodowy w Wiedniu, ale to za mało, aby mnie przekonać do spędzenia przed telewizorem dwóch godzin. Tu też mamy „złych facetów”, którzy kradną rakiety mogące wyrżnąć w pień tysiące osób i przy okazji skazić teren. Generał Hummel z „The Rock” swoją prywatną wojnę rozpoczął ze szczytnych celów, a niejakim Dusanem Gavrichem kierowały bardziej osobiste pobudki, a dokładniej zemsta. Także różny jest sposób, w jaki terroryści zdobywają rakiety. W produkcji Michaela Baya wszystko zaplanowane było co do sekundy, podobnie u pani Leder, tyle, że tak „wspaniała ekipa” jest bezosobowa, bez jaj. Po ściągnięciu masek okazuje się, że to banda brudnych, zarośniętych kolesi ze Wschodniej Europy. Skradzioną broń ma odzyskać duet, składający się z pani doktor, specjalistki od ładunków atomowych – Julii Kelly oraz niesubordynowanego agenta Thomasa Devoe. Pościg za terrorystami prowadzi wpierw do Wiednia, później w rejony Sarajewa, a kończy się w Nowym Jorku. Niby wszystko jest tutaj poprawne, ale nie wiem dlaczego wychodzi nudne. Są pościgi, są strzelaniny, znajdzie się kilka mordobić, a zakończy dużym BUM!, ale i tak czegoś mi tu brakuje. Podobnie jest z muzyką Zimmera. Czasami podczas oglądania „The Peacemakera” zdawało mi się, że muzycznym tłem są „odpadki”, jakie zostały kompozytorowi ze ścieżki dźwiękowej z „Twierdzy”. Właśnie wtórność to chyba największy problem tego dzieła. Nie ma tej widowiskowości, która wprost wylewa się z filmów Baya. No ale trudno aby jedna Mini była lepsza od pana “Zatoki”.
Może troszkę przesadzam, bo całość jest poprawna, ale i tak uważam, że nie trzeba tracić dwóch godzin na to dzieło. Zamiast tego odpalcie coś ze stajni Dona Simpsona/Jerry’ego Bruckheimera.
PS. Tak wam odradzam, a ja sam dziś widziałem ten film trzeci raz. Gdzie tu logika?
