Morderstwo w Orient Expressie – recenzja

Morderstwo w Orient Expressie - recenzja

Przykro mi trochę patrzy się teraz na Johnny’ego Deppa. Coś bardzo niepokojącego stało się z tym aktorem, a chyba przede wszystkim – z tym człowiekiem. Był crushem wielu kobiet, które właśnie w swoich fantazjach i marzeniach uciekały do przystojnego, inteligentnego, charyzmatycznego mężczyzny, uciekając w ten sposób od tego, którego ma w domu. Tymczasem pan Depp okazał się być takim samym moczymordą i worem, jak wielu innych. Draniem, który zagląda do kieliszka, ale przecież upija się winem. Bydlakiem, który stosuje przemoc. Po czasie dołączył do niego Brad Pitt… I tak, wiem – ich prywatne życie wcale nie powinno nas interesować, bo przecież są tylko aktorami, ale jednak…

Morderstwo w Orient Expressie – recenzja

Tak tylko mnie wzięło na rozkminy, bo pierwszy raz od dawna obejrzałam coś, w czym gra Depp… „Morderstwo w Orient Expressie” to film, na którego czekałam, przebierałam nóżkami, bo przecież tu jest TAKA obsada, TAKA historia i w ogóle, a potem się okazało, że dość szybko zniknął z kin. Ludzie zaczęli pisać, że mocne 2/10, że za długi, niemrawy… I gdy już porzuciłam nadzieję, że trafię do kina na tę produkcję, boom – jest seans!

Mamy lata trzydzieste. Świat już powoli wstał z kolan, po wyrżnięciu setek tysięcy ludzi w trakcie I wojny światowej i chociaż nastroje społeczne i polityczne mówią co innego, a my z historii wiemy, że to nie koniec wojen, jeśli chodzi o tamte czasy – ludzie wierzyli, że tak właśnie jest. Że wszystko będzie dobrze…

Orient Express to pociąg wyjątkowy. Luksusowy do granic przyzwoitości, pędzący przez blisko trzy tysiące kilometrów, od Paryża do Stambułu, zahaczając między innymi o Monachium, Wiedeń, a przy okazji będąc świadkiem wielu istotnych wydarzeń, bo nie wiem czy wiecie, ale Hitler w wagonie Orient Expressu podpisał akt kapitulacji Francji. Wymownie?

Tym pociągiem nie podróżował byle kto. Tu nie było miejsca na ludzi z przypadku. Luksus podróży miał swoją cenę…

No ale wróćmy do fabuły.

Hercule Poirot (Kenneth Branagh) to znany, belgijski detektyw. Jego wyśmienita dedukcja jest równie potężna, co jego wąsy. Mężczyzna wraz z innymi osobami, ma przemierzyć w luksusowym kilka tysięcy kilometrów… Oczywiście, nasz główny bohater z miejsca zostaje rozpoznany przez kompanów. Jedni chcą z nim tylko pogawędzić, ale taki Edward Ratchett (Johnny Depp) oferuje mu pracę. Bo widzicie… Ratchett to mężczyzna, który sporo ryzykował, igrał z ogniem, a teraz jego wrogowie chcą go pozbawić życia. Poirot ma być jego „ochroniarzem”. No ale detektyw odmawia, a po kilku godzinach pan R już nie żyje. Przypadek?

Hercule staje przed ogromnym wyzwaniem. Jeden z współpasażerów jest mordercą. Tylko kto? Tajemnicza kokietka (Michelle Pfeiffer)? Może guwernantka (Daisy Ridley)? Czarnoskóry lekarz (Leslie Odom Jr.)? Wspólnik Ratchetta (Josh Gad)? Sędziwa księżna (Judi Dench)? Naukowiec (Willem Dafoe)? A może jeszcze ktoś inny?

No i zaczyna się popis dedukcji. Popis wnikliwej analizy, która sprowadza się do jednego wydarzenia…

„Morderstwo w Orient Expressie” mnie oczarowało pod wieloma względami. Nieco cierpki humor łączy się tu w popisem przepotężnej inteligencji, a wszystko wspaniale zagrane i doprawione przesmacznymi detalami w postaci kostiumów, scenografii, muzyki i zdjęć. Słyszałam wiele głosów, które mówiły, że to nudnawy i nieco przydługi film. Ja bawiłam się wybornie.

Tagi: Morderstwo w Orient Expressie – recenzja , filmy recenzja, marudzenie, blog popkulturowy, blog recenzencki, recenzje filmów

Autor: Paulina W

Podziel się postem
468 ad