ONA:
Główny bohater filmu „Yes man” na wszystkie pytania, prośby i sugestie musi mówić „TAK!”. Osobiście nie wyobrażam sobie siebie w takim eksperymencie. Dlaczego? Bo moje dzieciaki z miejsca zrobiłyby z „Piekiełka” istne piekło. Już to widzę… Prawie 5 lat wypracowywania jakiś zasad i wszystkie poszłyby się paść, a dni upływałyby w towarzystwie Counter Strike, jedzenia przy komputerach, wlewania w siebie hektolitrów energetyków iiii śmiecenia. O takich banałach jak przeklinanie, bekanie i dogadywanie sobie – nie wspomnę. Ale tyle o mnie, wróćmy do Carla Allena.
Carl (Jim Carrey) to smutny bankowiec, któremu życie dosłownie ucieka przez palce. Ma za sobą już rozwód, coraz częściej olewa kumpli, a jego los zaczyna powoli opadać w otchłań gnuśności. To ostatnia chwila, ostatnia szansa, żeby coś zmienić i zrobić ze sobą. Jego znajomy, na którego przypadkiem wpada, zachęca go do wzięcia udziału w lekko sekciarskich warsztatach z samodoskonalenia (takie tam pierdoły o żabach). Carl niechętnie idzie, ale idzie. Tam dopada go charyzmatyczny przywódca, który daje mu wyzwanie: „Bądź na tak!”. Jego szkolenie zaczyna się zaraz po wyjściu z warsztatów, kiedy to poznaje bezdomnego kolesia, który prosi o podwiózkę. Carl się godzi. Oczywiście, los musi sobie najpierw z niego zadrwić, bo ląduje w środku nocy bez telefonu, kasy i paliwa w baku, w jakimś lasopodobnym miejscu. Pięknie. Wkurzony i zirytowany Allen drepcze sobie do najbliższej stacji gdzie poznaje pięknooką Allison (Zooey Deschanel), która jeździ na swoim oldschoolowym skuterku w kasku z oczami. Dziewczyna proponuje mu pomoc. Zaczyna delikatnie iskrzyć, ale Carl tego jeszcze nie wie. Za to zaczyna być coraz bardziej zdeterminowany w godzeniu się na różne rzeczy: zaczynając od nauki gry na gitarze, czy kupienia reklamowanego materaca, przez poznanie tajników latania, a skończywszy na pójściu na koncert (gdzie ponownie spotyka Allison). Nie powinnam zapomnieć o czułym rendez-vous ze sąsiadką starowinką… Plus nigdy nie wiesz do czego Twoje świeżo nabyte umiejętności się przydadzą.
Carl i Alisson wydają się być stworzeni dla siebie. Oboje są mega spontaniczni, radośni, pełni energii i ochoty na odkrywanie kolejnych, nowych rzeczy. Tylko ona ma to „wrodzone”, a on „wyuczone”. I tu właśnie rodzi się pytanie: czy Carl zmienił się tak bardzo pod wpływem wyłącznie jednego słowa, czy po prostu w bardzo zdeterminowany sposób realizuje wskazówki przywódcy „sekty”?
Jedno jest pewne, film jest pozytywny. Poza ckliwym wątkiem miłosnym, który ja bym pociągnęła zdecydowanie inaczej, jest całkiem zabawnie. Carrey nie należy do moich ulubionych aktorów komediowych, bo według mnie on od czasów Ace Ventury ciągle gra tak samo, bawiąc widzów utartym i przerobionym miliony razy sznytem – ja jestem o wiele bardziej „sandlerowa”, ale w „Yes man” da się pana Jima oglądać. Ba, można się nawet śmiać. W tym filmie całkiem niezłe tło tworzą uroczy i zabawni bohaterowie z drugiego planu: przełożony Allena, jego kumple i cała reszta ludzi, na których się „nadziejemy” oglądając zmagania Carla z własnym życiem.
„Yes man” to całkiem udane kino na spokojny wieczór. Moim zdanie, podobnie jak w przypadku „Silver Linings Playbook”, czy „Stranger than fiction” to film, który może (acz nie musi) leczyć i stawiać na nogi.
ON:
Kilka dni temu wieczór spędzaliśmy w towarzystwie rodziców. Wspólna kolacyjka, jakiś drink, mała flaszeczka, a w tle TV. Rozmawialiśmy na setki tematów i chillowaliśmy. Tato miał genialny pomysł, aby w tle puścić ostre porno – „Maję w ogrodzie”, ale dość szybko wyperswadowaliśmy mu ten zły pomysł, bo nasze włochate dziecko leży na podłodze i jeszcze później będzie miało koszmary. W ostateczności zgodził się na pozostawienie rozpoczynającej się właśnie komedii pod tytułem „Yes Man”.
Ufff, jak dobrze, bo pod wódkę ten film nadaje się idealnie. Nie wymaga od nas zbyt wiele uwagi, scenariusz nie jest jakiś wybitnie skomplikowany, a gagi są śmieszne jak mamy kilka procentów we krwi. Ale do rzeczy. Carl Allen (Jim Carrey) prowadzi smutne życie samotnika. Powodem było rozstanie z żoną, ale i jego charakter. Odwieczny pesymizm i strach przed podejmowaniem decyzji powoduje, że jego codzienność jest szara jak papier toaletowy w miejskim szalecie. Jego kumpel Peter stara się jak może, aby wyciągnąć go z tego bajora, ale każde wyciągnięcie ręki kończy się fiaskiem. Oczywiście, stan jego psychiki odbija się nie tylko na bliskich, ale i na pracy. Pięć lat na tym samym stanowisku nie przyniosło oczekiwanego awansu i Carl stanął w miejscu. I pewnie nic by się nie zmieniło gdyby nie przypadkowe spotkanie starego kumpla Nicka. W ciągu 2 minut facet opowiedział zgorzkniałemu samotnikowi ostatnie miesiące swojego życia i trzeba przyznać, że nudą raczej nie wiało. Wszystko dzięki spotkaniom pewnej grupy. Kumpel wciska Carlowi do ręki ulotkę i znika, goniony przez ochronę banku. Po dłuższym namyśle bohater postanawia wybrać się na to zachwalane przez znajomego spotkanie. Tam pod wpływem emocji oraz prowadzącego cały event guru, przysięga cały czas zgadzać się na wszystko. Od tej chwili jego życie staje na głowie, ale dzięki temu bohater poznaje smak czerpania garściami z tego, co nam los przynosi. Głupia podróż z bezdomnym do parku doprowadza do spotkania ślicznej Allison, wolne chwile wypełniają się dodatkowymi zajęciami, on sam zaś staje się duszą towarzystwa. Właściwie to chyba jest komedia romantyczna, bo wątek miłosny przewija się przez cały film. Poza tym mamy klasyczne związkowe problemy, które jak zawsze skończą się happy endem.
Nigdy nie zapowiadało się, że obejrzymy kiedykolwiek ten film. Tylko przypadek chciał, że dzięki niemu udało nam się uniknąć „ogrodowych rewolucji”. Dla mnie Carrey ma za sobą swoje lata świetności. To aktor jednej miny, ma swoje wielkie role, ale na tym koniec. Kolejne dzieło i kolejna postać, która po seansie zupełnie wypada nam z pamięci. Poza kilkoma scenami nie ma tutaj nic, czego wcześniej nie widzieliście w innych obrazach z Jimem. Można sobie darować.
