ONA:

Prędzej uwierzę w niepokalane poczęcie, niż w to, że przez wiele lat grupa kobiet będzie żyła w przyjaźni. A może to ze mną jest coś nie tak? W każdym razie – „babska” wersja przyjaźni to jakiś urban legend, włożony pomiędzy zamrożonego Walta Disneya i czarne wołgi. Natomiast zupełnie inaczej jest z facetami – oni potrafią przyjaźnić się po wsze czasy z kumplami, których poznali w totalnym dzieciństwie. Okej, teraz, po tych wszystkich latach dzwonią do siebie trochę mniej, trochę mniej jest też okazji by siąść do wódeczki, ale gdzieś w głębi duszy – nadal myślą o sobie, opowiadając o wspólnych eskapadach sprzed lat, o pierwszych papierosach, pierwszych laskach, wypadach. Dziś o filmie, który jak żaden inny opowiada o sile męskiej przyjaźni. 

Jest ich czterech  i od 50 lat są kumplami. Co prawda wiele zmieniło się odkąd skończyli 10 lat, ale nadal w jakimś tam stopniu tworzą paczkę. Teraz, rozłączeni przez wybory i przypadłości losowe, mają okazję połączyć siły. A wszystko za sprawą Billy’ego (Michael Douglas), który postanowił wziąć ślub ze swoją „ledwo co pełnoletnią” partnerką. Oczywiście, wybór pada na Las Vegas i przyszły pan „młody” chce mieć przy sobie swoją watahę. Poznajcie ich: Paddy (Robert De Niro) niedawno stracił żonę – miłość jego życia. Od tego czasu jest ciągle wkurwiony, poirytowany i… samotny. Do tego ma ogromny żal do Billy’ego, którego nie było na pogrzebie jego ślubnej – ale to będzie wyjaśnione później. Mamy też Archiego (Morgan Freeman), który niedawno przeszedł zawał i nad którym pieczę rozpostarła rodzina, martwiąc się o niego totalnie. A on ma dość tego klosza, tych kajdan i ciągłego tłumaczenia się ze wszystkiego co robi. No i Sam (Kevin Kline), który stał się typowym emerytem, wegetującym na słonecznej Florydzie, z uciekającym między palcami życiem. Ślub Billy’ego stał się okazją, by cała czwórka ruszyła po raz kolejny w tany. Oczywiście, będzie to okazja do „wywalenia” wszelkich problemów, ale i ku temu, by zaleczyć dawne rany. No i mając 60 lat na karku, to ostatnia chwila, by pobalować! Paddy chce wrócić do życia po żałobie, Archie – poszaleć mimo problemów ze zdrowiem, Sam ma zgodę żony, by poruchać, byleby tylko wróciła do niego werwa, a Billy – cóż, Billy sam nie wie czego chce, a urocza Diana (Mary Steenburgen) wcale nie ułatwia mu podjęcia jakiejkolwiek decyzji. Niemniej panowie w Vegas bawią się tak, jakby jutra nie było. Aż im zazdroszczę!

„Last Vegas” to świetna komedia, która spełnia totalnie moje oczekiwania. Czterech GENIALNYCH aktorów, których obsadzono w rolach głównych, nadaje i kolorytu, i dobrego poziomu. Świetnie widzieć ich nadal w formie i z lekkim tumiwisizmem – oni już mają kariery totalne, więc „na starość” mogą bawić się filami i gatunkami. To jest „emerytura” godna pozazdroszczenia. Fabuła – błaha, nie ma się co oszukiwać, ale znajdziemy też w niej wiele ważnych wartości, które trochę mimochodem się przepycha. No i humor – cyniczny i cierpki, chamski i sarkastyczny – ja taki uwielbiam. Ten film to gwarancja dobrej zabawy.

ON:

Las Vegas jest podobno miejscem magicznym, jedni w ciągu nocy tracą fortuny, inni stają się milionerami. Piękne kobiety, szybki sex, alkohol i gwiazdy estrady. To tutaj znajduje się Eldorado, tyle, że zamiast złota, w jego skarbcu są grube miliony oraz żetony. Vegas jest miejscem uwielbianym przez filmowców i często opowiadane przez nich historie, dzieją się w tym mieście świateł.

W mieście na pustyni dzieją się dramaty, ale i komedie i tak właśnie jest w przypadku „Last Vegas”, dzieła zdominowanego przez starą gwardię aktorów, którzy pokazują, że w ich wieku można nadal śmiać się z siebie i z sytuacji nas otaczającej. Historia ta zaczyna się wiele lat temu, gdy czwórka przyjaciół, bardzo dobrych kumpli, daje lekki łomot „bulliemu”, który ich napastuje. Sytuacja jest komiczna, dlatego że dorastający już oprych dostaje klapsy od dużo młodszych chłopaczków. Tak oto nawiązują się największe, trwające całe życie przyjaźnie.

Mija kawał czasu. Każdy z panów już dawno przestał być dzieckiem i poukładał sobie w mniejszy lub większy sposób życie. Pojawiły się dzieci, pojawiły wnuki, no i pojawiły się starcze choroby. Jednak pomimo tego wszystkiego, w ich sercach słychać chłopięcy śpiew. Tym bardziej, że jeden z nich – Billy postanawia wziąć ślub z młodszą od siebie o 30+ lat dzierlatką. Nim jednak nadejdzie chwila przystąpienia do ołtarza, trzeba wpierw zrobić wieczór kawalerski, a najlepszym na to miejscem jest Vegas. W ten oto sposób Billie, Archie, Paddy i Sam wyruszają na weekendowy podbój miasta hazardu i rozpusty.

Każdy z nich jedzie ze swoimi problemami, które przez weekend raz stają się błahe, a raz następuje ich eskalacja. Doprowadza to do sytuacji, w których nie obejdzie się bez śmiechu. Bo przyznać trzeba, że jak na zgredów ta czwórka jest całkiem prężna i złośliwa. Chamskie docinki, złośliwe teksty oraz komiczne sytuacje są tutaj na porządku dziennym. Nie jest to pierwszy „Kac Vegas”, ale nadal mamy do czynienia z naprawdę sympatycznym i śmiesznym dziełem.

Przede wszystkim to jednak ciepła opowieść o prawdziwej męskiej przyjaźni. O facetach znających się na wylot i nie mających przed sobą żadnych tajemnic, no a nawet jeśli je mają, to dość szybko się z nich wyspowiadają, bo nic lepiej nie rozwiązuje języka jak sex, alkohol i hazard. Combo składające się z Douglasa, De Niro, Freemana i Kline’a pokazuje, że mając po siedem krzyżyków na karku, można brykać jak młodzieniaszek. Sympatyczne kino, warto.