ONA:
Zderzyłam się ze śmiercią póki co – świadomie – dwa razy. O dwa za dużo. Lata mijają, ale ból i pustka są ciągle takie same. Mam nadzieję, że już nigdy więcej nie będę musiała tego przeżywać…
Kiedy pięć lat temu w moim domu pojawiła się choroba nowotworowa, złapaliśmy wszyscy oddech. Szczególnie, że lekarze nie dawali nadziei na wiele. Walka była, wręcz heroiczna, choć z góry skazana na przegraną. W tych dniach codzienność była zupełnie inna i pamiętam ją jak przez mgłę. Ale pamiętam też, że w ramach „zapomnienia”, „odstresowania” i „odmóżdżenia” wybrałam się z moim przyjacielem do kina. Pierwszy lepszy film był naszym celem. Bez głębszego zastanawiania się na co idziemy. Jack Nicholson i Morgan Freeman mrugali na nas z plakatu. Nicholson to dla mnie synonim zabawy (albo psychozy, ale to wiele lat temu) i kocham jego role, które zaczął brać „na starość”. Jest zawsze taki sam: pomarszczona szelma, z szatańskim uśmiechem. Jack Nicholson to gwarancja tego, że będzie fajnie. Sprzedane. I to nie był zbyt dobry pomysł, zważywszy, że chciałam na jakieś 2 godziny zapomnieć o istnieniu czegoś takiego jak „nowotwór”.
Carter Chambers (Morgan Freeman) to siwowaty dziadeczek, mechanik, otoczony bliskimi. Kocha swoją rodzinę ponad wszystko i – o czym się z czasem dowiadujemy – wszystko dla nich porzucił, wszelkie aspiracje i marzenia. Ma przeogromną wiedzę, ma doświadczenie, łyka książkę za książką i czegoś tam się dorobił, by zapewnić swoim bliskim w miarę godne życie, ale realizacja tego, czego pragnął, ciągle była odkładana na później. Później całkiem możliwe, że nie nastąpi, bo Carter właśnie zaczyna walkę z chorobą. W szpitalnej sali obok niego położono jego mniej więcej rówieśnika, Edwarda Cole’a (Jack Nicholson), który nie dość, że jest właścicielem tejże placówki, to – jak można się domyślać, jest też zupełnym przeciwieństwem swojego sąsiada. Owszem, były w jego życiu jakieś żony, jest też ponoć córka, ale co z tego, jak nasz drugi bohater zupełnie nie utrzymuje z nimi kontaktu. Jest dziany jak cholera, jest cyniczny, sarkastyczny, a jego jedynym „przyjacielem” (chociaż to zdecydowanie za duże słowo) jest jego asystent, nadworny przydupas – Thomas (Sean P. Hayes). Początek znajomości chorych jegomości jest ciężki. Dwa zgoła inne charaktery, zamknięte w jednej, małej sali. Obaj na swój sposób uparci, dowcipni i przerażeni tym, co ich czeka. Ale nic tak nie łączy, jak wspólne przeżywanie chemioterapii.
Panowie subtelnie się docierają. Właściwie, można wywnioskować mimochodem, że ich wzajemne towarzystwo oddala od nich widmo końca. Taka chwila zapomnienia, oddechu. I wtedy padają dwie diagnozy, takie same. Sześć miesięcy. Tylko tyle im zostało. Jeśli masz na barkach taki wyrok, to podejrzewam, że możesz albo się poddać, albo walczyć, albo zacząć jednać się ze światem i ludźmi, albo zrobić coś, na co nigdy nie miałeś czasu. Carter o swojej diagnozie dowiedział się akurat, gdy zaczął tworzyć swoją życiową listę „to do”… Ale to, co usłyszał od lekarza, pogrzebało jego marzenia doszczętnie. Nieco inaczej do tego tematu podszedł drugi bohater. Widząc zmiętą w kulkę kartkę papieru z zapiskami sąsiada, postanawia nieco ją podrasować i zaproponować całkiem niezłą zabawę. Ma zaplecze finansowe, ale brakuje mu kompana, który go „zainspiruje”. Carter się godzi, zatem dwóch podstrzałych dziadeczków, z różnego rodzaju nowotworami, które trawiły ich umęczone organizmy, postanawiają do cna wyssać to dobre, z ich istnień. To co? Dziś skok ze samolotu, jutro wytrawna kolacja we Francji, a może i wyprawa na Himalaje?
Przez 90% tego filmu jest śmiesznie. Ot, komedia o umieraniu. Są typowe dla Nicholsona cierpkości i jego sztampowe zagrywki, jest też coraz bardziej wyluzowany Freeman – słowem: zapominamy o tym, że trzecim bohaterem tego filmu jest choroba. Ale ona wraca, pod sam koniec – bo spoilerując Wam na prawo i lewo, jeden z bohaterów przegrywa tę walkę, wygrywając jednocześnie dużo, dużo więcej. Naturalnie, przebeczałam ten film cały.
W odróżnieniu do innych filmów „moralizatorskich”, ten jest autentycznie rewelacyjny. Jest ciepły, mięciutki, jak nagrzany marshmallow, porusza i wzrusza. Klimatem trochę przypomina mi „Nietykalnych”, ale tylko trochę. To jednak zupełnie inna historia, słodko-gorzka, dająca do myślenia.
Na koniec, dwa cytaty, które są kwintesencją tego, nas czeka, podczas oglądania „Choć goni nas czas”:
„Gdy umarł, jego oczy były zamknięte, a jego serce otwarte”
oraz
„Trzy rzeczy, które musisz zapamiętać, gdy się zestarzejesz:
1. Nigdy nie przegap toalety.
2. Nigdy nie zmarnuj erekcji.
3. Nigdy nie ufaj pierdom.”
ON:
Dwie rzeczy na tym świecie są pewne: śmierć i podatki. Jeśli jeszcze podatki w jakiś sposób można obejść, choć skończyć się to może słabo, to śmierci jeszcze nikt nie oszukał. Tak naprawdę każdy z nas marzy o spokojnym i bezbolesnym umieraniu.
Kilka dni temu Paula podrzuciła mi film z Nicholsonem i Freemanem, którego nigdy wcześniej nie miałem okazji obejrzeć – „Choć goni nas czas”. Można powiedzieć, że mamy do czynienia z komediodramatem. Ale czy można się śmiać ze śmierci? Teoretycznie robił to Burton w „Soku z żuka”, tyle, że tam mamy do czynienia z fikcją. W opowieści, która wyszła spod palców Justina Zackhama nie znajdziemy ani odrobiny fikcji. Taka historia mogła się wydarzyć naprawdę, a właściwie mogła spotkać każdego z nas. Gdy zacząłem rzucać okiem na ekran, gdzieś z tyłu głowy, jakiś głoś mi szeptał: „Już to widziałem, gdzieś to grali”. Gdy zastanowiłem się chwilę, znalazłem odpowiedź na tą zagadkę. 1998 rok Til Schweiger wraz Janen Josefem Liefersem także postanowili nie poddawać się w tych ostatnich chwilach. Można powiedzieć, że „Choć goni nas czas” jest swego rodzaju odpowiedzą na to europejskie kino. Amerykanie jednak robią filmy w inny sposób i bardzo dobrze widać to w tym dziele. Dwoje mężczyzn ląduje w jednym szpitalnym pokoju. U obojga z nich zdiagnozowano nowotwór. Dwoje zupełnie obcych osób, o innych charakterach i pochodzeniu, stają na równi przed ponurym żniwiarzem. Tych dwóch to: bogaty ekscentryczny właściciel kliniki – Edward Cole oraz czarnoskóry, pochodzący z dużo biedniejszego domu Carter Chambers. Od samego początku widać, jak ogromna przepaść jest między nimi. Biały Pan i czarny sługa, bogacz i biedak. Lecz nie trzeba wiele czasu, by wspólny wróg zbliżył ich do siebie, wręcz zjednoczył. Nieśmiałe rozmowy zmieniają się w długie dyskusje o życiu, miłości i przemijaniu. Praktycznie nieskończone środki finansowe Edwarda pozwalają żyć pełną parą. Wiedząc, że czeka na was wyrok, pewnie także chcielibyście spróbować w życiu rzeczy, jakich jeszcze nie było wam dane. Wyścig szybkim samochodem? Dlaczego nie. Wizyta u prostytutki? Da się zrobić. Butelka drogiego szampana? Ależ oczywiście. Cole i Chambers tworzą listę rzeczy, które powinni zrobić przed śmiercią, rzeczy, których każdy z nich chciał spróbować. Lista z dnia na dzień robi się dłuższa, a panowie ze stoickim spokojem skreślają z niej kolejne punkty.
To dzieło, które pomimo smutnego tematu, potrafi nas oczarować swoim ciepłem i prostotą. Nikt nie sili się na frazesy, że będzie dobrze, kiedyś umrzemy i od naszych bliskich i przyjaciół będzie zależało jak samotna i bolesna będzie to śmierć. Bardzo dobrze przedstawiony jest wątek pokazujący jak dwóch zupełnie różnych ludzi potrafi wzajemnie się wspierać i razem walczyć z chorobą, nawet, jeśli zdają sobie sprawę z tego, że ich walka z góry skazana jest na klęskę. Jest to kawał dobrego kina, które jest jeszcze lepsze dzięki gwiazdorskiej obsadzie.
