ON:
Dokładnie miesiąc temu na rynek polski zawitał Netflix. Wszedł do nas z dość ubogą ofertą i dość wysokimi, jak na polskie realia, cenami. Każdy z nas mógł skorzystać z darmowego konta i przez 30 dni przetestować jeden z najpopularniejszych serwisów filmowych świata. Dziś nie będę się rozpisywał na temat oferty i możliwości, bowiem po 30 dniach naprawdę niewiele się zmieniło, ale jak sami przedstawiciele Netflixa mówią: „Trzeba dać im trochę czasu”. Ja czekam spokojnie i zobaczę co się będzie działo z polską wersją serwisu. Tymczasem zabiorę się za „Daredevila”, który został wyprodukowany przez Marvela specjalnie na potrzeby kanału filmowego Netflix. Zapomnijcie o nieporozumieniu, jakim był „Daredevil” z Affleckiem. Tamten film, to porażka, którą należy wymazać z kart filmów o superbohaterach. Studio filmowe Marvela wzięło się bowiem dość ostro za produkcję kolejnych filmów opowiadających o bohaterach z ich stajni i robią to naprawdę świetnie. Przede wszystkim postanowiono podnieść poprzeczkę wiekową i nareszcie filmy te skierowane są nie do bawiących się lalkami dzieciaków, tylko dla poważnego, dojrzalszego widza. Dzięki temu na ekranie pojawi się krew, czasem z ust bohaterów wypadnie kilka przekleństw, a co najważniejsze – ukazane problemy nie ograniczają się do płytkich, niedzielnych historyjek.
Matt Murdock to młody adwokat, który wraz ze swoim przyjacielem zakłada małą kancelarię adwokacką. Porzucili możliwość pracy w wielkiej kancelarii i wynajęli maleńkie buro w Hell’s Kitchen, dość niebezpiecznej dzielnicy Nowego Jorku. Wszystko w tym samym universum, które znamy z fabularnych Avengersów. Matt w wieku kilku lat stracił wzrok, a stało się tak dlatego, że wypchnął spod kół ciężarówki mężczyznę. Uratowany człowiek wyszedł bez szwanku, za to Matt już nigdy nie zobaczył nieba. W świecie Marvela dzieją się jednak różne cuda. Chociaż młodego, niewidomego chłopaka wychowywał samotnie ojciec, który był bokserem, to wyrósł z niego prawy obywatel. W każdym odcinku pierwszego sezonu poznajemy losy bohaterów. To, co działo się wiele lat temu. Dowiemy się co stało się z ojcem Matta, skąd u niego niesamowite wolności i jak trafił on na swojego największego wroga – Fiska. Całość jest nakręcona bardzo mrocznie. Nie chodzi tu o mrok, jak z filmów o wampirach, a raczej o oddanie klimatu zrujnowanego, podupadniętego Nowego Jorku. Dodać należy, że ogromną rolę w całym przedstawieniu odgrywają postaci, które są bardzo wiernymi odpowiednikami komiksowych person. Nie mam na myśli tych komiksów sprzed lat, ale mówię o tych brudnych historiach z serii „MAX”. Matt jest skryty, nie chce narażać bliskich na zemstę bandziorów. Nie ma skrupułów przed ostrym poturbowaniem przestępców i stara się jak może wykorzystać wszystkie swoje zmysły. Fisk, to kawał bydlaka, ale za jego historią stoi przeszłość, której trudno się pozbyć i o której bardzo trudno zapomnieć. Rosyjscy bracia są bardzo „hollywoodzcy”, idealnie pasują do swojej roli i chociaż są przestępcami, to kierują się swoim specyficznym kodeksem honorowym. Trzeba także wspomnieć o Wesley’u, który przeraża swoim spokojem i zimnym wyrachowaniem. W ostatecznym rozrachunku chociaż to przestępca, to zbudza on naszą litość.
Netflixowy „Daredevil” zachwycił mnie od pierwszego odcinka. Dał możliwość zapoznania się z tą historią po raz kolejny, ale tym razem w sposób dorosły i pełny. Teraz należy czekać na kolejny sezon. Naprawdę warto stracić przy nim kilka godzin.
